poniedziałek, 16 stycznia 2017

Sens chaosu.

Muszę przyznać, że dłuuuugo mnie nie było. Jeśli są tacy, którzy tęsknili, przepraszam, a za tęsknotę, dziękuję. Pisanie nie powinno wynikać z niczego, lecz piszący winien mieć coś do przekazania. Dlatego w dość dużym chaosie, który ostatnio u mnie zapanował, nie znalazłam uporządkowanej przestrzeni dla Słowa pisanego.

Chaos, podobno nie jest zresztą taki zły, bo jak wiemy to z niego Bóg wyprowadził ład. Fizyka i astronomia powie nam jeszcze więcej, że wszystko zaczęło się od chaosu i do chaosu zmierza. Dla wierzącego człowieka może to brzmieć nieco dziwnie, lecz wbrew pozorom jest to dowód na istnienie Boga. Przynajmniej w mojej skromnej opinii.

Fizyka powie, że na początku była rozproszona energia, z której powstała każda materia, w tym nasze ciało. Każde ciało, dąży jednak do rozkładu, czyli z punktu widzenia fizyki ponownego rozproszenia energii.

Już starzenie się, jest procesem powolnego tracenia tej energii, obumierania neuroprzekaźników, i rozsypywania się.

Autorzy Księgi Rodzaju nie mogli o tym wiedzieć, żyli przecież ok VIII w p.Ch? A jednak czytamy, w tej księdze, że Pan Bóg ulepił człowieka i zwierzęta z „gleby”( Por. Rdz2,19). W Środę Popielcową słyszymy natomiast: „z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”.

Całe stworzenie, energia  zostaje więc na krótki czas skupiona w ciało, by po wtóre rozproszyć się. Wrócić do pierwotnego chaosu. Okazać się też może, że chaos ten z Bożej perspektywy stanowi pięknie uporządkowaną całość, bo przecież wszechświat, który powstał z rozproszonej energii, jest pięknie i logicznie uporządkowany.

Po co te kosmologiczne wywody?

Tak sobie ostatnio myślę…życie dąży do swojego pra początku. Cały wszechświat tam dąży…I w tej logice nawet zmartwychwstanie ciała, które każdego z nas czeka wydaje się być naukowo logiczne. Bo przecież, skoro wszystko co istnieje wywodzi się z chaosu i do niego wraca, musi być moment, w którym  cały ten chaos przybierze  formę. Jest Ktoś Kto widzi formę tego chaosu. Wszechświat powstały z chaosu nie jest  chaotyczny, lecz uporządkowany. Wszystko więc zmierza do powtórnego uporządkowania, do doskonałej formy bytu.


Św. Augutyn  mówił, że w umyśle człowieka pozostawiony jest ślad i odbicie podobieństwa do Boga, nazywał to miejsce „Abditum mentis”. To podobieństwo tak bardzo nurtowało Paulę Zofię Tajber, która uważała, że gdy człowiek, je odkryje w sobie, dostrzeże Bożą iskrę we własnej duszy i zrozumie swoje odwieczne przeznaczenie. Tym przeznaczeniem jest kosmicznie piękne podobieństwo do Boga. Bycie odbiciem Bożego Syna, życie w Synu. To jest niebo. Wszyscy zaś w Chrystusie zmartwychwstaniemy. Być może wstaniemy na wieki w Ciele Chrystusa, wszak jesteś tym czym się karmisz. Spożywając Chrystusa, stajemy się Jego Ciałem.  

czwartek, 29 grudnia 2016

Na obraz Wielkiego Artysty...



Trwamy w czasie, który można by nazwać „międzyczsem”. Już po świętach a jeszcze przed Nowym Rokiem. Jest to czas jakiegoś zastoju, ale i podsumowań. Kończy się rok i można popatrzeć na to jak przeżyło się ofiarowany nam przez Boga czas.

To mój osobisty problem i mam wrażenie, nie jestem w tym osamotniona. Bo przecież na co dzień łatwo zapomnieć o tym, że mamy tylko jedno życie, i że ono jest nam zadane.

Nie jest tak, że żyjemy bez sensu. Każdy z nas ma tu coś do zrobienia. W dodatku „Szef” tej całej historii bardzo liczy się z naszą indywidualnością i daje tak bardzo dużo wolności, że pozwala nawet na wybór grzechu.

Osobiście ilekroć o tym myślę wprowadza mnie to w stan jakiegoś podziwu ale i tajemnicy. Bóg, który jest Ojcem i Panem wszechrzeczy nie zdeterminował sobą wszechświata, lecz stworzył istotę którą potraktował jak własne dziecko, pozostawiając jej szerokie pole do działania. Oddał jej to co z taką czułością tworzył.

Wyobraźcie sobie ojca, który wybudował piękny dom z ogrodem i zostawił to wszystko własnym dzieciom nie ingerując siłą w ich decyzje. Ten ojciec nie odszedł z tego domu, żyje w nim i z troską spogląda na poczynania swych dzieci. Chce z nimi rozmawiać, słuchać jakie mają pomysły na ten dom, ale nie narzuca się…Pozwala im działać na własną rękę, jeśli sobie tego życzą i czasem widzi, jak rujnują to co dla nich zbudował.

Czas…

Myślę, że czas jest jak dom z ogrodem. Można zaniedbać coś, co Bóg nakreślił. Nikt z nas nie jest przecież pozbawiony talentów, uzdolnień i zamiłowań. Często jednak, wybieramy łatwe wyjścia. Nie chce nam się inwestować w nas samych. Nie chce nam się pracować nad sobą…

Efektem jest stopniowe niszczenie…Bo dary nie używane umierają, talenty nie rozwijane giną, zdolności wegetują. Dom i ogród naszego życia stopniowo chyli się ku upadkowi.

Przychodzi więc czas, kiedy to dostrzegamy. Niektórzy nazywają to kryzysami rozwojowymi. Ponoć pojawiają się one przed 30, 40 i 50 rokiem życia. Inni mówią o wypaleniu zawodowym i pustce egzystencjalnej. Czasem też depresji.

Czyli nasza własna wolność w dokonywaniu decyzji potrafi nas zniewolić od życia w przeciętności i bierności. Jest w nas tendencja do tego, bo mieć wszystko od zaraz, na wyciągnięcie ręki, bez pracy, bez wysiłku. Syndrom „enter”.

Jest to pokusa którą poznała Ewa, gdy wąż powiedział jej że wystarczy wyciągnąć rękę po owoc, by stać się jak Bóg. To miało być takie proste…

Lubimy więc ułatwiać sobie życie, ale często  nie wynika z tego nic konstruktywnego, nic co dawałoby nam zadowolenie.

Okazuje się bowiem, że satysfakcja polega na tworzeniu. W głębi każdego z nas, tkwi świadomość o tym, że pochodzimy od Wielkiego Konstruktora, Kogoś, kto jest pełen kreatywności. Mamy w sobie odbite Jego podobieństwo i obraz…Jest to nasza najgłębsza tożsamość.

Kiedy negujemy w sobie własny potencjał negujemy życie Boga w nas. Bóg chce byśmy wraz z Nim współtworzyli ten świat. I jedynie w ten sposób poczujemy się spełnieni i znajdziemy sens.

Odnaleźć w sobie Wielkiego Konstruktora oznacza odwrócić oczy od nas samych a skierować je ku światu i ku innym. Wówczas przechadzając się po tym domu, który ofiarował nam Ojciec, pracując nad porządkowaniem go i budując go w końcu natkniemy się na Tego, o którym wielu z nas już zapomniało. Tego, który z troską czeka, byśmy Go zaprosili do tej budowy. On przecież najlepiej zna plany tej budowli, sam w końcu je tworzył…


wtorek, 13 grudnia 2016

Weź wyluzuj!

Z czasem potwierdza mi się twierdzenie, o tym, że w życiu duchowym konieczna jest swoista odmiana luzu…

Tak! Luzu!

Bo choć żyjemy w czasach o których można by powiedzieć, że są mocno wyluzowane w istocie są czasami ogromnego napięcia. Czasami natężonej informacji, pośpiechu i współzawodnictwa. Jak zwykle owocuje to paradoksem, że psychologia współczesna kojarzona jest ze stwierdzeniem „wrzuć na luz”.

Nie o taki, modny rodzaj luzu mi chodzi, choć z pewnością znajdą się jakieś wspólne dane, łączące psychologiczne nowinki z tym, co odnajduję chociażby u przytaczanego przeze mnie często św. Teofana Rekluza , ortodoksyjnego mnicha chrześcijańskiego.

Kiedy się czyta Teofana, i innych autorów duchowych napotykamy często na wskazówkę, by wypuścić z siebie nadmiar ambicji. Jest to też wskazówka co do tego, by uczyć się pozostawać na małym. Oznacza to, że zdrowie psychiczne człowieka może okazać się zależne bardziej od duchowości aniżeli psychologii.

Może się okazać, że prosta rada by budować życie na fundamencie pokory stanowi antidotum na wiele chorób psychicznych. Trzeba przyznać, że cierpienie przestaje tak ciążyć w momencie gdy je zaakceptujemy, gdy uznamy je za nieodłączną i składową część naszego życia.

Nikt z nas przecież się chyba nie łudzi, że możliwe jest przejście przez życie bez cierpienia…Pokora, to proste otwarcie się na życie w całej prawdzie. Bez uciekania w fikcję wyidealizowanych marzeń. Fikcja ta bowiem zbyt często okazuje się owocować głębokim poczuciem frustracji i nieszczęścia. Ucieczka od trudnych uczuć, nigdy nas od nich nie uwolni. One wrócą ze zdwojoną siłą, jak bumerang, uderzając nas znienacka.

Dzieje się tak chociażby w momencie wygasania uczuć zakochania w małżeństwie, gdy pojawia się „atrakcyjniejszy obiekt”. Ucieczka od trudnych uczuć prowadzi wtedy często do zdrady. Ta zaś mści się zazwyczaj srodze na osobie, której dotyczy.

Luz o którym piszę, jest darem Ducha Świętego i polega na wewnętrznej wolności, po pierwsze od siebie samego, po drugie od ocen innych ludzi. Jest to luz, człowieka, który przestał się śmiertelnie przejmować życiem, bo doświadczył, że nie jest ono zależne od niego samego, że Bóg trzyma je w swoich rękach.

Luz ten prowadzi do głębokiego zawierzenia. Taki luz miała Maryja, która powiedziała  „fiat”, choć plany Boga totalnie pozmieniały jej wizję życia.


Istnieje więc droga świętego luzu która pomaga uniknąć: Niepokoju wywołanego własną niedoskonałością, gdyż doskonałości szybko się nie osiąga, na wszystko przyjdzie czas. Myśli, że już wszystko dokonałeś, bowiem stopniom nie ma końca. Zarozumiałej przedsiębiorczości, podejmowania wysiłków ponad siły. Szczytem jest naturalność w czynieniu dobra, kiedy prawo już nie jest brzemieniem”. Św. Teofan Rekluz.

piątek, 9 grudnia 2016

Słuchanie i słyszenie.

By naprawdę usłyszeć  drugiego człowieka trzeba podjąć trud. Trud ten po pierwsze wiąże się z odsunięciem siebie samego na bok. A może bardziej z odejściem na bok z samym sobą. Z dokonaniem takiego zabiegu wewnątrz siebie samego, który pozwala nabrać dystansu do własnych odczuć, opinii, ocen.

Szczególnie ważnie jest to w sytuacji w której nasz rozmówca i jego opinie nie są nam „po drodze”. To dla mnie bolesne, ale wyraźnie dostrzegam, że  nie potrafię naprawdę usłyszeć niektórych osób, ponieważ podchodzę do nich z nastawieniem i obrazem jaki w swej głowie na ich temat stworzyłam.

Jezusowy świat to świat dialogu…Świat wsłuchania w drugiego. Takiego słuchania, które jest czymś znacznie większym niż słyszenie. Zasłuchanie w drugiego zakłada czytanie „między wierszami”, gdzie mówi on nam o sobie najgłębiej.

„Czytanie między wierszami” nie jest proste…ale może nauczyć nas czegoś więcej o drugim człowieku, o jego zranieniach i potrzebach. Rozumienie tych zranień to połowa sukcesu. Następnym krokiem jest ukochanie człowieka z całą rzeczywistością jaką się o nim usłyszało.


Ta miłość musi być mądra! Nie chodzi tu wcale o to, by w jej imię negować własne potrzeby, bo powiedzmy sprzeciwiają się potrzebom  tej drugiej osoby. Kochać znaczy budować powoli mosty. Są to mosty małych spraw i drobnych gestów. Nie chodzi o wielkie czyny i słowa. Chodzi o to by kochać całym sobą, po pierwsze biorąc odpowiedzialność za siebie. Kochać znaczy słyszeć drugiego, w kontakcie ze sobą-lecz w pewnym dystansie zarówno od własnych odczuć jak i potrzeb drugiej osoby.

czwartek, 8 grudnia 2016

Chrystus ukryty jest w każdego rodzaju ubóstwie.


When I look at the face of my enemy I see my brother.
Kiedy patrzę w twarz wroga widzę w nim brata.
AMEN.



Forgiveness is the garment of our courage
Przebaczenie jest szatą naszej odwagi.
AMEN.

środa, 7 grudnia 2016

Dla Niej.

Od dzieciństwa miałam problem z Maryją…Nie „czułam” jej…była jakaś odległa i nieobecna. Moja duchowość odkąd pamiętam była mocna skupiona na Jezusie, później też na Duchu Świętym, Maryja była kimś dalekim, trudnym do „uchwycenia”.

Z pewną zazdrością spoglądałam nawet na moje koleżanki, dla których Maryja była kimś tak żywym, tak bliskim jak ich własna mama. U mnie było zupełnie inaczej. Pewnie i dlatego, że bliższa mi była w dzieciństwie czuła opieka taty, mama była raczej tą, która stawiała wymagania. Boga więc z łatwością widziałam w roli Ojca ale Maryja…nie potrafiłam do niej dotrzeć.

Pierwszy przełom nastąpił w liceum. Pojechaliśmy z klasą na wymianę do Francji i po drodze zawitaliśmy także do Lourdes. Tam stało się coś bardzo dziwnego…Wraz z koleżanką udało nam się przecisnąć przez strzegących figurę ochroniarzy i podejść jak bardzo blisko…uklęknąć tuż u jej stóp.

Trudno opisać co się wtedy wydarzyło…Wiem tylko, że nie potrafiłam opuścić tego miejsca…chciałam tam zostać! Wtedy Matka Boża przełamała lody mojego serca, i przyszła do mnie. Czułam jej realną obecność. Nie! Nie miałam objawiania, mimo to wiem, że wtedy naprawdę ją spotkałam.

Takie przeżycie wprowadza człowieka w stan jakiegoś głębokiego zdumienia, takiego resetu. Baza danych tworzy się od nowa. Coś w rodzaju nawrócenia. Było to nawrócenia ku Maryi. Doświadczenie tak mocne ( choć pozbawione silnych uczuć), że do dziś z łatwością wracam do niego tak jakby wydarzyło się wczoraj.

Później nie miałam już nigdy podobnych „spotkań” z Maryją. To wydarzenie zmieniło jednak w mojej relacji do niej zupełnie wszystko. Ona stała mi się kimś obecnym, kimś kto stoi tuż obok.

Po wstąpieniu do zakonu poziom relacji był raczej constans. Żywa pamięć tamtej chwili sprawiała, że kochałam Maryję bardziej niż wcześniej. Nie był to jednak jakiś wielki szał. Moje współsiostry widocznie mnie w miłości ku niej przewyższały.

Aż nadszedł czas trudny…czas w którym nie potrafiłam się modlić. Wtedy została mi tylko jedna modlitwa-Różaniec. To ona przeprowadziła mnie przez tą pustynię, dawała dziwny rodzaj uspokojenia i pociechy. Była jak balsam na serce.

Powoli, dyskretnie, cicho, jak to Ona, Maryja wchodziła w moje życie.


niedziela, 4 grudnia 2016

Prosto.

"Kiedy misjonarz, chrześcijanin idzie głosić Jezusa, nie robi tego, by uprawiać prozelityzm, ani nie jest kibicem, który szuka kolejnych zwolenników dla swej drużyny" 


Tymi słowami przemówił dziś do wiernych Papież Franciszek. To mocne słowa. Oznaczają, że bycie chrześcijaninem nie ma nic wspólnego ze stylem tego świata. Nie chodzi o zdobywanie zwolenników, ale o ukazywanie wartości "ciasnej bramy"(Mt 7,13).

Pokazywanie drogi w uczciwy sposób, bez retuszów, przekolorowań. 


Ewangelia nie potrzebuje reklamy. Ewangelia potrzebuje świadków. Świadek to ktoś, kto jest autentyczny, kto sam przeszedł ścieżkę którą zaleca do wędrówki.Świadek sam się zmienia, nie wszystkich w koło.


Ewangelia i Słowo nie potrzebują coatchingu... wystarczy ziarno, ziemia i woda.