piątek, 23 września 2016

Łaska znienacka...i co teraz???

Kochani, jako że mam totalną posuchę pisarską podzielę się z Wami tym co Bóg działa w moim życiu. Sprawa zaś jest niebagatelna, bo jak się z czymś zmaga latami i nagle przychodzi Bóg ze swoją łaską, tak że przestaje to być dla Ciebie ciężarem, to szczerze powiem, budzi się poczucie życia  w dziwnym stanie.

Nie chcę przez to powiedzieć, że dotąd nie żyłam w łasce, lecz że Bóg jest cierpliwy, wierny, i że przychodzi z konkretnymi darami do nas właśnie wtedy kiedy On sam uzna, że jest to najlepszy na to moment.

Św.Teofan Rekluz, ortodoksyjny mnich prawosławny napisał, że łaska nawiedza nas wtedy, kiedy sama chce. Kiedy Bóg zadecyduje. Znaczy to, że nie da się Pana Boga chwycić za nogi-co zresztą próbowała zrobić Maria Magdalena, gdy Go poznała, przy pustym grobie. Powiedział jej wtedy „ Nie zatrzymuj mnie!”( J20, 17).

Bóg ze swoją łaską nam się wymyka, przychodzi  znienacka, jak złodziej w nocy, jak Pan młody na wesele, nad ranem….gdy jeszcze było ciemno. Przychodzi wtedy, kiedy sam chce.

Teofan pisze, że ważną rzeczą jest świadomość, że może łaska – nawrócenie, rozpalenie serca, gorliwość, przychodzi do mnie już po raz ostatni. Bo przecież nie mogę jej niczym pochwycić i z pewnością, nie przekupię Boga czynami które dla Niego spełniam.

Kiedy jednak przychodzi, trzeba ją przyjąć z pokojem i z poczuciem wielkiej za nią odpowiedzialności. Roztrwoniwszy ją bowiem, mogę doprowadzić do bram swej duszy gorsze zło, aniżeli było tam zanim łaska  dokonała wzmocnienia moich pragnień w uporządkowaniu siebie.

A przecież zły duch z porządku w duszy ludzkiej się nie weseli. Pragnie czym prędzej wejść z powrotem  do człowieka, podsuwając mu przyjemności, wygody, zaszczyty, bogactwa i w jakże dużej mierze CHĘĆ SAMOSTANOWIENIA O SOBIE, CHĘĆ BYCIA PANEM SWEGO LOSU.

Kiedy uda mu się dotknąć i ukąsić duszę słabością, pokazuje jej następnie jaka nie święta jeszcze jest i jaka grzeszna, a przecież niemalże przed momentem widziała siebie prawie że doskonałą.

To właśnie z tej przyczyny, nie można dopuścić do rozkrzewienia się w duszy chorej ambicji, pychy żywota. Ta bowiem nie pozwala podnieść się z upadku, nawet jeśli jest niewielki…będzie ciągle zbyt dużą niedoskonałością, dla człowieka z chorą ambicją duchową.

 Pokora niszczy zamysły złego, właśnie przez niezwłoczne powstawanie, i skruchę serca oraz dziękczynienie Bogu, za to, że pokazał nam jak bardzo szybko ulegamy złu.

Kiedy przyjdzie do Ciebie łaska porządkująca Twoje życie…dziękuj, nie ustawaj, dziękuj za każdy pokonany w Tobie problem, grzech i słabość i nie oswajaj się z myślą, że jesteś teraz taki doskonały, lecz nieustannie dziękuj widząc że wszystko otrzymałeś.


*Inspiracją do napisania tekstu była książka „Droga do zbawiania”-św.Teofan Rekluz, oraz Nowy Testament.

czwartek, 8 września 2016

Zrób to pierwszy!

W życiu jest tak, że każdy z nas ma swoje wizje, plany, pragnienia.  Dla każdego z nas istnieją takie sprawy, które są niezwykle ważne, sprawy za które jest w stanie wiele dać. Rzeczywistość jednak pokazuje, że wiele z tych dążeń traci swój blask kiedy już je osiągniemy. W naturze człowieka jest jakaś skłonność do nudzenia się tym co mamy i do podążania wciąż dalej, do pragnienia czegoś więcej. W istocie kryje się za tym wszystkim ogromne, często nieuświadomione pragnienie Boga.

Chcemy być kochani.

Wszystko co robimy,  robimy w jakimś celu. Każde nasze zaangażowanie w tworzenie czegokolwiek jest związane z chęcią jakiegoś bardziej konkretnego istnienia w świecie, pozostawienia w nim jakiegoś śladu po sobie. Taki starodawny, choć wiecznie aktualny motyw Non omnis morial.

Macierzyństwo, Ojcostwo.

Wydaje się, że człowiek najpełniej zostawia siebie w akcie przekazywania życia. Posiadanie potomka oznacza jakoś zostawienie części siebie w tym potomku, przekazanie genotypu z całym kalejdoskopem bogactwa i biedy.

Co nas popycha w kierunku pozostania? Czy tylko instynkt przedłużenia gatunku, lub próżna chęć wpisania się w historię? Nie sądzę! Uważam, że po prostu wszyscy strasznie mocno chcemy miłości. Została nam jednak z dzieciństwa nieco  mylnie interpretowana myśl. Uważamy, że jesteśmy kochani wówczas, gdy na to zasłużymy. Tak przecież bywało z naszymi rodzicami, często czuliśmy się kochani za coś.

Wryło się nam to tak mocno w głowę i serce, że całe cywilizacje po dziś dzień uważały, że jedyną szansą na przetrwanie (bycie dostrzeżonym) jest działanie. A przecież działanie, tworzenie to wynik podobieństwa do Boga. Bóg powiedział „czyńcie sobie ziemię poddaną”( Rdz 1, 28). Tworzenie jest więc przedłużaniem dzieła stwórczego samego Boga, choć jest przetwarzaniem stworzonych przez niego rzeczywistości fizycznych, chemicznych…Bóg oddał nam bogactwa tej ziemi abyśmy je przetwarzali.

Cała celowość ludzkich poczynań rozwala się przecież tak często na tej płaszczyźnie. Zapominając o Dawcy wszelkiego dobra zatrzymujemy się na sobie i na potencjalnym zysku. Cudowna umiejętność tworzenia, przetwarzania Bożych darów obróciła się w wyścig za dobrami materialnymi, za bogactwem tego świata, za reputacją płynącą z faktu posiadanych dóbr. Stąd też rodzi się w nas często rozczarowanie.

Tyle wysiłku wkładamy a i tak nie czujemy się przez to bardziej kochani.

Cała rzecz polega na odwróceniu perspektywy. Zamiast czekać na miłość, zacznij kochać. Nie zakładaj rąk mówiąc sobie: „jeśli poczuję się dowartościowany zacznę kochać”. Zacznij kochać już dziś! Rób małe rzeczy z miłości. Rób coś nie dla interesu, zysku, znajomości ale rób z miłości. Kiedy zaczniesz kochać nie czekając na aplauz poczujesz sens życia.

To prawda! Czasem trzeba nieźle zaryć w ziemię by coś zrozumieć. Bóg jest mądrym wychowawcą, nie chce byś się chełpił sam z siebie, dlatego są w Twoim życiu takie rzeczywistości, nad którymi będziesz musiał wylać morze potu i łez. Byś wiedział, że sam z siebie pewnych rzeczy w sobie i na tym świecie zmienić nie możesz. Błogosławiona bezsilność! Rodzi się z niej bowiem całkiem nowe życie, w którym zaczniesz kochać, nie czekając aż ktoś pokocha, doceni cię pierwszy. Wtedy gdy zobaczysz że sam nie możesz, Bóg zacznie w tobie życie nie z natury, lecz ze swej łaski.





niedziela, 21 sierpnia 2016

Prostota uchrystosownionych.

Dlaczego warto się ogałacać? Jaki sens ma uniżenie? Co takiego kryje się w prostocie?

Im więcej masz, tym bardziej jesteś rozproszony. I nie chodzi tylko o materię, ale może i bardziej, o duchowe bogactwa. Materia jest tylko obrazem rzeczywistości duchowych. Popatrzmy: Kiedy mieszkam w domu, który posiada wiele, może i wspaniałych gadżetów, jest cudownie wyposażony, może nawet ma na zapleczu ogród z pięknym basenem, saunę  i jacuzzi mogę cieszyć się tym szczęściem do czasu. W pewnym momencie z przykrością mogę jednak stwierdzić, że nic mnie nie bawi. Mam wszystkie przyjemności na  wyciągnięcie ręki, a jestem pusty i pragnę czegoś więcej.

Czasem ludzie żyjący w takim luksusie o dziwo wybierają się na wakacje w miejsca dzikie,  surowe, gdzie trzeba trochę „zawalczyć” o przetrwanie. Słyszałam, że businessmani wybierają się do pustelni oo. Kamedułów, by  pobyć w ciszy, surowości i prostocie.

Na ironię, okazuje się, że to wielość nudzi i frustruje bardziej niż minimum. W wielości człowiek się zatraca, w minimum niejako odnajduje, ponieważ małość, prostota i skromność domagają się konkretnej postawy, zaangażowania w to JEDNO. W tu i teraz. Im mniej więc masz tym bardziej jesteś skoncentrowany na tym, że jesteś. Twoje jestestwo staje się punktem, od którego już nie uciekniesz, a przez to możesz wreszcie dojść do miejsca w którym spotkasz się z sobą najgłębiej. Do miejsca gdzie odkryjesz, że prawda o Tobie nazywa się „Syn Boga”. Kiedy zobaczysz, że jesteś do Niego podobny, że Bóg w Tobie odbił swoje Oblicze.

Lubię patrzeć na fotografie twarzy mnichów. Są piękne, są jasne, są pogodne a ich oczy kryją w sobie światło. Twarze mnichów są jak księga, a może bardziej jak obraz, nałożony na ikonę Boga. Jest tak ponieważ oni odważyli się na małość, na skromność i na prostotę. Skoncentrowani na tym że są, a nie na tym co mają dotarli w sobie do Oblicza Boga.

Kiedy Bóg, zaprasza człowieka do wypuszczania…

Ewangelista napisał, że Jezus stwierdził trudność bogatego w wejściu do nieba. Jest gorzej, niż gdybyśmy chcieli przecisnąć wielbłąda, przez bardzo ciasną szczelinę( Por. Mr 10, 25). Dlatego, życie duchowe jest ciągłym wypuszczaniem z rąk ulubionych, cennych i super szałowych zabawek. Jesteśmy w tym przecież jak dzieci, mamy ręce zajęte mnóstwem zabawek, przez co nie możemy objąć samego Boga.

Wypuszczanie z rąk, polega na pozbywaniu się tego wszystkiego, co służy jedynie mojej osobie, co nadaje mi wartości, czym bawię się by inni widzieli, jak cudowną zabawkę zyskałam. Zajęta zdobywaniem zabawek-nawet tych bardzo pobożnych, gubię jednak z oczu Jezusa i nawet jeśli jest blisko, wybieram kurczowe trzymanie zabawki, zamiast je wypuścić i objąć Jezusa.


poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Posól!


Właściwością soli jest, że chroni od zepsucia. Ewangelia zaś mówi nam też że każdy Ogniem będzie posolony( Mk 9, 49).

Ogniem jest Duch Boży.

To co chroni nas przed zepsuciem jest więc gorące, żywe, zapala i daje się odczuć. To Duch wzbudzający w nas  życie. Posolenie Ogniem oznacza przecież pozwolenie Duchowi Świętemu by wchłonął w nas, niczym sól, w poddawaną konserwacji potrawę.

Mocno zasolona potrawa, nie dawała się zepsuciu, była przeniknięta solą. Człowiek mocno przeniknięty Duchem  Świętym nie ulega zepsuciu w warunkach identycznych do tych, w których ktoś "nie posolony" zacznie "gnić".

Myślę o tym, bo rzeczywistość w której żyję pokazuje mi, że  bez tego ogniowego posolenia nic nie uchroni duszy przed rozkładem. Nie pomoże wypełnianie pobożnych praktyk, niejako " na zaliczenie", nie pomogą czyny ani piękne słowa.

To co nas zachowuje od zepsucia, jest jednocześnie tym, co pozwala nam w wolności trwać wewnątrz tego zepsutego świata, nie zarażając się jego zepsuciem. Bo oto Duch Święty ma to do siebie, że posyła w miejsca zepsute, chce je sobą posolić. 

Wolność Ducha Świętego, jego swoisty freestyle polega właśnie na tym, że nie zna on ograniczeń. Nie ma czegoś takiego, że jakiś obszar życia, świata, społeczeństwa jest zbyt "toksyczny", bo oto ta Boża sól pozwala przejść ten obszar bez uszczerbku na zdrowiu, niczym Szadrak, Meszak i Abednego, którzy przeszli przez piec ognisty ocaliwszy swe życie.

Duch Święty może nas tak zakonserwować, tak mocno posolić, że nie staniemy się gorsi idąc przez piec zgorszeń tego świata.

Jest jednak warunek: Trzeba dać się posolić Ogniem. Znaczy to, że musi w nas płonąć Duch wielkiej gorliwości, obudzony w nas przez Świętego Ducha. Ta gorliwość chroni dusze przed wszelkim zepsuciem i pozwala dotykać nawet najbardziej "zawirusowanych" obszarów tego świata. 

Duch żaru, to żywa relacja z kochającym nas Bogiem i nieustanne szukanie Jego woli.

Św. Teofan Rekluz powie, że Każdy ogniem będzie posolony. Jest to wskazanie na ognień ducha, który przez gorliwość przenika całe nasze jestestwo. Jak sól, wnikając w łatwo rozkładającą się materię, chroni ją przed gniciem, tak też duch gorliwości, przenikając całą naszą istotę, wypędza grzech rozkładający całą naszą naturę - i z duszy, i z ciała, ze wszystkich najmniejszych nawet schowków i komórek, i tak wybawia nas od moralnego zepsucia i rozkładu.( Św. Teofan Rekluz-Droga do Zbawienia)

czwartek, 4 sierpnia 2016

Misterium Campus Misericordiae.

Intensywnie przeżyłam czas ŚDM-ów. Nie sposób opisać tu całej gamy przeżyć, jakie w tym czasie mi towarzyszyły. Zatrzymam się na jednym, szczególnie znaczącym epizodzie...

Moje Zgromadzenie w czasie czuwania na Campus Misericordiae miało służbę w namiocie eucharystycznym, w którym to, przez cały czas aż do rana wystawiony był Najświętszy Sakrament. Wzruszyło mnie, że nie było tamtej nocy nawet małego momentu, by Pan Jezus został jedynie w towarzystwie sióstr. Całą noc towarzyszyli mu młodzi i to liczni.

Myślałam tej nocy o wielu symbolach i rodziła się we mnie anamneza( wspomnienie ) tylu ważnych spraw.

Pierwsze co mnie naszło to symbol namiotu, tak bardzo bliskiego mieszkania dla Izraelitów. I my, na tym ogromnym polu, jak na pustyni staliśmy się świadkami tego, jak Pan dosłownie rozbił namiot między nami ( tak tłumaczy się hebrajskie wersety mówiące o wcieleniu Syna Bożego).

Rozbił namiot i stał się Ciałem,w tym Ciele my wszyscy Go adorowaliśmy, sami stanowiąc to Ciało, bo przecież jesteśmy Jego członkami. Członkami z różnych ras, kolorów skóry, języków... Jesteśmy jednym, bo spożywamy to samo Ciało i pijemy z jednego kielicha.

Nowy Mojżesz zamieszkał w każdym z nas, bo gdy koło 4 rano wstawało nad Campusem słońce odbijało się ono w naszych twarzach...Te twarze całe godziny były zalane ciemnością nocy, niektóre spędziły tę noc na patrzeniu w Jego Wcielenie, na adoracji. Ciemność naszych twarzy obmyła poranna rosa wstającego słońca-zaczęła się niedziela Zmartwychwstania, więc z anamnezy przeszliśmy do eschatologii, uczestniczyliśmy proroczo w tym co nas wszystkich czeka - przeszliśmy z ciemności grobu, do światła Jezusa Zmartwychwstałego.

Była 6.30 kiedy doszliśmy całą wspólnotą na górę błogosławieństw, tam Pan wziął chleb i pobłogosławił, i z jednaj Hostii, stał się tysiącem, potem kapłani, diakoni i szafarze ( ród Aarona) rozdali Go tłumom - zebrali jeszcze wiele ułomków.

I jak można było nie płakać na Campus Misericordiae ze wzruszenia?skoro na naszych oczach działa się Ewangelia a my, rozumieliśmy, że stanowimy lud Nowego Przymierza...

I-śluby zakonne.


Nasza s.Celina 2.08 złożyła swoją pierwszą profesję zakonną, oznacza to, że odpowiedziała Bogu na Jego zawołanie skierowane do jej duszy. S. Celina jest osobą bardzo skromną, cechującą się jakimś bijącym z niej wewnętrznym pięknym pokojem duszy i miłością do Jezusa. Zresztą zobaczcie sami!