niedziela, 21 sierpnia 2016

Prostota uchrystosownionych.

Dlaczego warto się ogałacać? Jaki sens ma uniżenie? Co takiego kryje się w prostocie?

Im więcej masz, tym bardziej jesteś rozproszony. I nie chodzi tylko o materię, ale może i bardziej, o duchowe bogactwa. Materia jest tylko obrazem rzeczywistości duchowych. Popatrzmy: Kiedy mieszkam w domu, który posiada wiele, może i wspaniałych gadżetów, jest cudownie wyposażony, może nawet ma na zapleczu ogród z pięknym basenem, saunę  i jacuzzi mogę cieszyć się tym szczęściem do czasu. W pewnym momencie z przykrością mogę jednak stwierdzić, że nic mnie nie bawi. Mam wszystkie przyjemności na  wyciągnięcie ręki, a jestem pusty i pragnę czegoś więcej.

Czasem ludzie żyjący w takim luksusie o dziwo wybierają się na wakacje w miejsca dzikie,  surowe, gdzie trzeba trochę „zawalczyć” o przetrwanie. Słyszałam, że businessmani wybierają się do pustelni oo. Kamedułów, by  pobyć w ciszy, surowości i prostocie.

Na ironię, okazuje się, że to wielość nudzi i frustruje bardziej niż minimum. W wielości człowiek się zatraca, w minimum niejako odnajduje, ponieważ małość, prostota i skromność domagają się konkretnej postawy, zaangażowania w to JEDNO. W tu i teraz. Im mniej więc masz tym bardziej jesteś skoncentrowany na tym, że jesteś. Twoje jestestwo staje się punktem, od którego już nie uciekniesz, a przez to możesz wreszcie dojść do miejsca w którym spotkasz się z sobą najgłębiej. Do miejsca gdzie odkryjesz, że prawda o Tobie nazywa się „Syn Boga”. Kiedy zobaczysz, że jesteś do Niego podobny, że Bóg w Tobie odbił swoje Oblicze.

Lubię patrzeć na fotografie twarzy mnichów. Są piękne, są jasne, są pogodne a ich oczy kryją w sobie światło. Twarze mnichów są jak księga, a może bardziej jak obraz, nałożony na ikonę Boga. Jest tak ponieważ oni odważyli się na małość, na skromność i na prostotę. Skoncentrowani na tym że są, a nie na tym co mają dotarli w sobie do Oblicza Boga.

Kiedy Bóg, zaprasza człowieka do wypuszczania…

Ewangelista napisał, że Jezus stwierdził trudność bogatego w wejściu do nieba. Jest gorzej, niż gdybyśmy chcieli przecisnąć wielbłąda, przez bardzo ciasną szczelinę( Por. Mr 10, 25). Dlatego, życie duchowe jest ciągłym wypuszczaniem z rąk ulubionych, cennych i super szałowych zabawek. Jesteśmy w tym przecież jak dzieci, mamy ręce zajęte mnóstwem zabawek, przez co nie możemy objąć samego Boga.

Wypuszczanie z rąk, polega na pozbywaniu się tego wszystkiego, co służy jedynie mojej osobie, co nadaje mi wartości, czym bawię się by inni widzieli, jak cudowną zabawkę zyskałam. Zajęta zdobywaniem zabawek-nawet tych bardzo pobożnych, gubię jednak z oczu Jezusa i nawet jeśli jest blisko, wybieram kurczowe trzymanie zabawki, zamiast je wypuścić i objąć Jezusa.


poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Posól!


Właściwością soli jest, że chroni od zepsucia. Ewangelia zaś mówi nam też że każdy Ogniem będzie posolony( Mk 9, 49).

Ogniem jest Duch Boży.

To co chroni nas przed zepsuciem jest więc gorące, żywe, zapala i daje się odczuć. To Duch wzbudzający w nas  życie. Posolenie Ogniem oznacza przecież pozwolenie Duchowi Świętemu by wchłonął w nas, niczym sól, w poddawaną konserwacji potrawę.

Mocno zasolona potrawa, nie dawała się zepsuciu, była przeniknięta solą. Człowiek mocno przeniknięty Duchem  Świętym nie ulega zepsuciu w warunkach identycznych do tych, w których ktoś "nie posolony" zacznie "gnić".

Myślę o tym, bo rzeczywistość w której żyję pokazuje mi, że  bez tego ogniowego posolenia nic nie uchroni duszy przed rozkładem. Nie pomoże wypełnianie pobożnych praktyk, niejako " na zaliczenie", nie pomogą czyny ani piękne słowa.

To co nas zachowuje od zepsucia, jest jednocześnie tym, co pozwala nam w wolności trwać wewnątrz tego zepsutego świata, nie zarażając się jego zepsuciem. Bo oto Duch Święty ma to do siebie, że posyła w miejsca zepsute, chce je sobą posolić. 

Wolność Ducha Świętego, jego swoisty freestyle polega właśnie na tym, że nie zna on ograniczeń. Nie ma czegoś takiego, że jakiś obszar życia, świata, społeczeństwa jest zbyt "toksyczny", bo oto ta Boża sól pozwala przejść ten obszar bez uszczerbku na zdrowiu, niczym Szadrak, Meszak i Abednego, którzy przeszli przez piec ognisty ocaliwszy swe życie.

Duch Święty może nas tak zakonserwować, tak mocno posolić, że nie staniemy się gorsi idąc przez piec zgorszeń tego świata.

Jest jednak warunek: Trzeba dać się posolić Ogniem. Znaczy to, że musi w nas płonąć Duch wielkiej gorliwości, obudzony w nas przez Świętego Ducha. Ta gorliwość chroni dusze przed wszelkim zepsuciem i pozwala dotykać nawet najbardziej "zawirusowanych" obszarów tego świata. 

Duch żaru, to żywa relacja z kochającym nas Bogiem i nieustanne szukanie Jego woli.

Św. Teofan Rekluz powie, że Każdy ogniem będzie posolony. Jest to wskazanie na ognień ducha, który przez gorliwość przenika całe nasze jestestwo. Jak sól, wnikając w łatwo rozkładającą się materię, chroni ją przed gniciem, tak też duch gorliwości, przenikając całą naszą istotę, wypędza grzech rozkładający całą naszą naturę - i z duszy, i z ciała, ze wszystkich najmniejszych nawet schowków i komórek, i tak wybawia nas od moralnego zepsucia i rozkładu.( Św. Teofan Rekluz-Droga do Zbawienia)

czwartek, 4 sierpnia 2016

Misterium Campus Misericordiae.

Intensywnie przeżyłam czas ŚDM-ów. Nie sposób opisać tu całej gamy przeżyć, jakie w tym czasie mi towarzyszyły. Zatrzymam się na jednym, szczególnie znaczącym epizodzie...

Moje Zgromadzenie w czasie czuwania na Campus Misericordiae miało służbę w namiocie eucharystycznym, w którym to, przez cały czas aż do rana wystawiony był Najświętszy Sakrament. Wzruszyło mnie, że nie było tamtej nocy nawet małego momentu, by Pan Jezus został jedynie w towarzystwie sióstr. Całą noc towarzyszyli mu młodzi i to liczni.

Myślałam tej nocy o wielu symbolach i rodziła się we mnie anamneza( wspomnienie ) tylu ważnych spraw.

Pierwsze co mnie naszło to symbol namiotu, tak bardzo bliskiego mieszkania dla Izraelitów. I my, na tym ogromnym polu, jak na pustyni staliśmy się świadkami tego, jak Pan dosłownie rozbił namiot między nami ( tak tłumaczy się hebrajskie wersety mówiące o wcieleniu Syna Bożego).

Rozbił namiot i stał się Ciałem,w tym Ciele my wszyscy Go adorowaliśmy, sami stanowiąc to Ciało, bo przecież jesteśmy Jego członkami. Członkami z różnych ras, kolorów skóry, języków... Jesteśmy jednym, bo spożywamy to samo Ciało i pijemy z jednego kielicha.

Nowy Mojżesz zamieszkał w każdym z nas, bo gdy koło 4 rano wstawało nad Campusem słońce odbijało się ono w naszych twarzach...Te twarze całe godziny były zalane ciemnością nocy, niektóre spędziły tę noc na patrzeniu w Jego Wcielenie, na adoracji. Ciemność naszych twarzy obmyła poranna rosa wstającego słońca-zaczęła się niedziela Zmartwychwstania, więc z anamnezy przeszliśmy do eschatologii, uczestniczyliśmy proroczo w tym co nas wszystkich czeka - przeszliśmy z ciemności grobu, do światła Jezusa Zmartwychwstałego.

Była 6.30 kiedy doszliśmy całą wspólnotą na górę błogosławieństw, tam Pan wziął chleb i pobłogosławił, i z jednaj Hostii, stał się tysiącem, potem kapłani, diakoni i szafarze ( ród Aarona) rozdali Go tłumom - zebrali jeszcze wiele ułomków.

I jak można było nie płakać na Campus Misericordiae ze wzruszenia?skoro na naszych oczach działa się Ewangelia a my, rozumieliśmy, że stanowimy lud Nowego Przymierza...

I-śluby zakonne.


Nasza s.Celina 2.08 złożyła swoją pierwszą profesję zakonną, oznacza to, że odpowiedziała Bogu na Jego zawołanie skierowane do jej duszy. S. Celina jest osobą bardzo skromną, cechującą się jakimś bijącym z niej wewnętrznym pięknym pokojem duszy i miłością do Jezusa. Zresztą zobaczcie sami!


niedziela, 3 lipca 2016

Boska latarka i noc zmysłów.

Przyszła pora na obalenie kolejnego mitu. Jest nim mit ciała. Jest to w dodatku mój osobisty mit, bo często –chyba zbyt często na tym blogu pisałam o ciele trochę zbyt nowocześnie. Nie ujmując niczego godności jaką posiada ludzkie ciało, która to godność jest wielka, bo przecież w ciele zmartwychwstaniemy, trzeba popatrzeć na ciało też od tej drugiej, równie prawdziwej strony.

To właśnie cielesność jest w nas powodem nieuporządkowania, to od niej zaczyna się walka o duszę. Nie można zaczynać książki od ostatniej strony, tak samo, nie można praktykować modlitwy wewnętrznej bez pracy duchowej, która jest uporządkowana.

Przez to, że nasze ciało jest mieszkaniem zmysłów, walka zaczyna się właśnie od zmysłowości. By zbudować człowieka wewnętrznego, należy zacząć od uporządkowania sfery zmysłowej. Dlatego też pierwszym oczyszczeniem na drodze do kontemplacji jest według mistrzów duchowych oczyszczenie zmysłów, nazywane czasem „nocą zmysłów”.

Bóg, chcąc zanurzyć duszę ludzką w sobie, prowadzi ją najpierw przez cierpienie w zmysłach. Jak to wyjaśnić po ludzku?

- Kiedy zaczyna Ci zależeć na  Bogu i gdy sukcesywnie dbasz o życie modlitwy, po jakimś czasie takiej wierności, Bóg aby wybić Cię, z błędnego poczucia, że jesteś w porządku ukazuje Ci po kawałku konkretne rzeczywistości w Tobie, które są nieuporządkowane. Jest to taka Boża latarka, która jest hiper jasna. Kiedy jej światło dotyka Twojej duszy zaczynasz dostrzegać niuanse, których wcześniej nie widziałeś i widzisz, że jesteś w bardzo wielu rzeczach nieczysty-nieuporządkowany. W normalnych warunkach wydawało Ci się, że wszystko z Tobą jest ok, ale ten błogosławiony dotyk Boga pokazuje Ci wyraźnie ; „popatrz-tu i tu jesteś jeszcze nieuporządkowany, tu masz duży problem a tam- w tej kwestii ciągle upadasz”.

Kiedy Bóg uruchamia wobec kogoś taką latarkę, znak to, że rozpoczęła się prawdziwa „szkoła wiary”. To właśnie dlatego u wielkich mistrzów duchowości, u ojców pustyni, u mistyków spotykamy się ze stwierdzeniami o potrzebie umartwienia ciała, o poście o pokucie.

Nie wypływa to u nich z chęci katowania siebie, lecz z bardzo wyraźnego poznania własnej niewoli w zmysłach. Bo gdy powiedzmy poznaję, że nie umiem panować nad językiem, choć całe życie dotąd nie dostrzegałam tego problemu. Gdy nagle widzę-niezwykle wyraźnie ( bo przy świetle owej Boskiej latarki) jak wiele cierpienia przysparzam tym sobie, innym i Bogu, wówczas zaczynam zdawać sobie sprawę z potrzeby pracy nad tą dziedziną życia we mnie.

W oczyszczeniu zmysłów działa to na nieco podobnych zasadach.


Porządkowanie sfery cielesnej jest więc wstępem i początkiem na drodze życia duchowego. Zainspirował mnie dziś bardzo św. Paweł, który w liście do Koryntian pisze „poskramiam moje ciało i biorę je w niewolę, abym innym głosząc naukę, sam przypadkiem nie został uznany za niezdatnego” 1 Kor 9, 27.

wtorek, 21 czerwca 2016

Lelum - polelum.

Wspinam się na skalne bryły Koryntu, widzę z nich archipelag rozrzuconych dookoła wysp i wysepek-Spartę, Ateny i na odległym brzegu-nieco rozmyty Efez i Milet.  To miasto wielu kultur i środowisk, miasto niewolników i bogaczy. W dużej mierze ci bogaci to dawni rzymscy żołnierze, którzy tu, w tym małym „raju” kończą swój żywot wśród rozkoszy tego świata. Jest tu też grupa żydów i garstka chrześcijan. Jest  I w naszej ery, czyli po Chrystusie.

Miasto to zdaje mi się być bardzo swawolne, jego mieszkańcy nie stronią od ziemskich uciech, a o jego córach mówi się z ironią. Mimo wszystko koryntianie, jak na mieszkańców półwyspu Peloponez przystało są chciwi wiedzy i ludzkiej mądrości. Bardzo szybko zmieniają też zdanie na temat różnych  co rusz to przybywających do nich mentorów.

Wśród nich pojawia się Paweł – żyd, z rzymskim obywatelstwem i świetną znajomością greki. Mówi o jakimś Jezusie, który powstał z martwych. Platończycy na te słowa przekręcają oczyma, wszak ciało to dla nich więzienie duszy, nie dostrzegają jego godności. Paweł mówi, że Jezus zmartwychwstał w ciele…ale nie tylko to. Mówi im słowa z mocą i z duchem.

Widzę tego Pawła choć moja refleksja jak wehikuł czasu przeniosła mnie o 2000 lat wstecz. Tak żywo go widzę i aktualność jego słów-słów z mocą.
Mówi, że nie głosi „mądrości tego świata” lecz tylko Chrystusa i to ukrzyżowanego. To rozróżnienie między światem a krzyżem Chrystusa wyrasta jak ziarno z jego nauki, widzę jak rozrasta się w wielki krzew.

Koryntianie, tak bardzo do nas podobni-równie rozpustni i uważający się za mądrych. Ich świat, który w większości składał się z niewolników, z ludzi ubogich, lecz oni – pełnoprawni - wolni Koryntianie nie widzą w tym problemu.
Rozwarstwienie i podział.

Paweł pisze do tamtejszej świeżo powstałej wspólnoty chrześcijan. Pisze, bo dają się uwieść ciału i jego mentalności, bo dają się podzielić mówiąc, że jeden mentor ważniejszy jest od drugiego. Nawet Pawła i Apollosa tak traktują…kiedy przyjedzie Piotr niechybnie pobiegną i za nim. Trochę prześcigając się, kto jest bardziej na topie.
W Korynckiej wspólnocie mentalność świata wdarła się do Kościoła, wprowadzając podziały, zazdrość, powierzchowność.

Trzeba zwrócić uwagę, że to w kontekście tej wspólnoty Paweł pisze o tym w jaki sposób korzystać z charyzmatów. Cielesny człowiek może szybciutko wykorzystać je źle, a nawet dać się wywieźć złemu duchowi w pole.

Ciało i świat kontra dusza i duch… Dwuznaczność która nie znosi kompromisu. Dusza winna podporządkować sobie ciało, duch zwyciężyć w nas zasadzki świata.
To właśnie dlatego chrześcijaństwo ukuło termin ascezy. Pracy nas sobą . Ta praca polega na rozwoju ducha, duszy w nas. Siła duszy ma moc poddać sobie zachcianki ciała a duch wspiera  w nas słabe ciało i woła w błaganiach, których nie można wyrazić słowami.

Od początku chrześcijaństwa wyraźnie widać, że jeśli chce się wejść w życie duchowe na serio, nie można być lelum – polelum! Życie wewnętrzne to rozwijanie duszy i ducha, wzmacniania władz duszy, przez pracę nad nimi.

Kiedy dobrze pobiegasz, lub pochodzisz po górach, pojeździsz na rowerze lub popakujesz na siłowni. Zauważ…następuje taki rodzaj odprężenia, taka błogość. I choć związana jest ona niechybnie z wydzielaniem się podczas wysiłku hormonów „szczęścia”, to bardzo podobna rzecz następuje w życiu duchowym.

Pytasz mnie o kontemplację…

A no właśnie, ona jest takim stanem błogości wywołanym intensywnym działaniem duszy-ducha w nas. Jest momentem zatrzymania i podziwu, jest oglądaniem z góry widoków, które wymagały potu i łez. Dałeś radę …oto oglądasz piękne widoki.


Jednym słowem w życiu duchowym  też „bez pracy nie ma kołaczy”.