Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z listopad, 2011

Spojrzenie( tęsknota Michaela cz II )

"Jego oczy"-pomyślał Michael, są zupełnie inne, to nie są oczy tego świata. Rzeczywiście, spotkany Wyczekujący patrzył teraz na niego jakimś nieziemskim wzrokiem. Michael miał wrażenie, że przeszywa jasnością całe jego życie. Był oszołomiony i zdumiony zarazem, coś jednak wewnętrznie kazało mu patrzeć, choć całym sobą czuł chęć dezercji z tej nieoczekiwanej sytuacji. Patrzył, ale jeszcze nie widział. Jego wzrok był pozbawiony widzenia. Czuł pociągającą go siłę, lecz nie widział, że wciąga go, zanurza i bezwzględnie zatraca w tym napotkanym Człowieku Jego DOBRO. Zmrużył oczy, osłabłe od zbyt długiego patrzenia i poczuł zakłopotanie. Chciał przerwać tę milczącą rozmowę spojrzeń ale nie mógł. Coś sznurowało mu usta.
Czy spotykałeś już DOBROĆ, która onieśmiela i odbiera mowę?
KIM JEST?
Jak dziś, teraz patrzysz?
Czy naprawdę WIDZISZ to na co/kogo patrzysz?



tęsknota Michaela cz I

Młody Michael zapatrzony w niebo, stanął, spochmurniał, mruknął...Wisiała nad nim ogromna, szaro-niebieska chmura z której lada chwila miał posączyć się na jego świeżo ułożoną fryzurę mglisty, jesienny, ponury deszcz.To kolejny złowrogi znak w tym dniu-pomyślał i ruszył dalej Wąską do Alei Piękna. Świat wydawał się zaprzeczać biblijnym słowom "że wszystko co Bóg uczynił, było dobre". "Jeden, samotny, w drodze i bez szans"- myślał o sobie. Brnął w jesiennej szarudze, a w jego duszy panowała nieprzenikniona pustka, łaknąca nasycenia. Tak zaczął się jego adwent. Ktoś na niego czekał, i on również, całą pustką swego istnienie za Kimś tęsknił. Z minuty na minutę brnąc w niepewności zmierzał z wolna w kierunku Wyczekującego. Nie wiedząc wcale o mającym już wkrótce nastąpić spotkaniu. Na skrzyżowaniu światów. Jego wąskiego, szarego i z wolna płynnego deszczowym oczyszczeniem świata ze Światem Piękna. Człowieka - nowego siebie, którego odkrył w spotkaniu z Nim. On zaś stał…

Adwent....

Wszystko w świecie ma naturę wyczekującą...jakby wciąż niepełną, zmuszoną do pytania o następny krok. Bywa, że zuchwale myślimy, że znamy drogę ale czy na pewno? Patrzę na Jezusa, wydanego na cierpliwe oczekiwanie "godziny", jest pokorny w czekaniu, poddany Słowu Ojca, jest PROWADZONY. Wszyscy jesteśmy prowadzeni, jedni mniej, drudzy bardziej świadomie. Pytanie, które stawiam brzmi: KTO MNIE PROWADZI? Psychologia powie nam, "bądź Panem Swego losu", weź życie w swoje ręce, kształtuj osobowość. Patrzę na Jezusa, PROWADZONEGO i dochodzę do wniosku, że życie domaga się zawierzenia Prowadzeniu. Potrzeba celów i konsekwencja w dążeniu do nich jest niezmiernie ważna, jednak nie mam wpływu na to przez jakie krainy poprowadzi mnie ów PROWADZĄCY do owych wyznaczonych sobie celów. Właściwie jestem  ślepcem udającym widzącego. Bo wiara idzie po omacku podając dłoń PROWADZĄCEMU....