Co Sylwia napisała mi o minionym adwanicie :)

Dziś świadectwo Sylwii na temat minionego adwentu ubrane w szatę refleksji literackiej:


,,Dokąd idę przez wypaloną ciemność”- pisze w swoim wierszu Marta Tomaszewska.

Nie ma słów na opisanie ciemności. Ktoś powiedział, że ciemność nie jest brakiem światła
a jedynie jego inną formą. A może, idąc za Tomaszewską, ciemność jest stanem ugaszonego światła, następstwem jego wypalenia? Czyli ciemność jest poprzedzona jasnością? Kiedy zgasimy światło w pokoju to na początku wydaje nam się, że nic nie widzimy, jednak po jakimś czasie nasze oczy przyzwyczają się do ciemności i jesteśmy w stanie rozpoznać pewne kontury, szkice, zarysy. Do ich dostrzeżenia potrzebne jest choćby najmniejsze, wydaje się, niewidoczne światło. Tak czasem jest, że idziemy po omacku, że trzeba tak iść, chwytając się tych konturów, zarysów. Ciemność nie jest mrokiem i pustką, w których nie widać nic, ale to stan w którym dostrzegamy światełko już z bardzo daleka. Jesteśmy na nie wyczuleni i gdzieś we wnętrzu siebie wyczekujemy, wypatrujemy. Może ciemność jest doświadczeniem braku poprzedzonego doświadczeniem  światłości, skoro ta wrażliwość jest i to poczucie braku i tęsknoty. Jakby pewność, że istnieje coś jaśniejszego, wspanialszego...

Mam w głowie taki obraz: Bardzo wczesny ranek. Najpierw jest ciemność pokoju. Stawianie ostrożnie stóp na podłodze. Poczucie, że stoi się na czymś, czego w pierwszym momencie nie dostrzegam. Następnie ciemność korytarza, którym wychodzę w przestrzeń nocy.  Ale to nie jest już noc.  Na niebie świecą gwiazdy.  Żeby je zobaczyć, muszę podnieść głowę- wtedy narażam się na potknięcie, mogę upaść. Mogę też zatrzymać się i wtedy popatrzeć, a gdy już zobaczę i przekonam się, że nade mną nie ma mroku, ale światło, idę dalej. Wchodzę w ciemność świątyni. Ostrożnie, w przestrzeń kamiennej posadzki. Ale przecież wiem, że to jest świątynia, widzę jej centrum. I to właśnie tam, w tym miejscu, w samym centrum świątyni przynoszą światło palącej się świeczki. Ono tam nie tylko pozostaje ale przede wszystkim zostaje rozdane. Jest przynoszone innym. I tak po kolei, osoba, po osobie, świeca od świecy, rozświetlają się pozorne mroki świątyni. Najdłużej czekają ci najdalej, ale to światło dociera wszędzie takie samo.  Może czasem nasze świece nie chcą się palić? Ale wtedy obok nas świecą światłem inni.


Ten roratni obraz trwania w ciemności, zapalania świec, oczekiwania kiedy ono do mnie dojdzie, jakoś niesamowicie przypomina  inny obraz.. Obraz Duszy Jezusa.. Światła które promieniuje.. i rozjaśnia ciemność duszy człowieka. Noszę w sobie ciemność. Ciemność własnej nieporadności, bezradności. Ciężar samotności i niezrozumienia. Ciężar poczucia braku sensu. Ciężar niepewności. Ciężar siebie.  Noszę w sobie knotek o nikłym płomieniu. Czasem wydaje się, że już się wypalił i idzie się właśnie przez taką wypaloną ciemność, ale ono się tli, to maleńkie światło nadziei. Trzeba iść, z tym knotkiem, z tym światłem które się ma, które czasem się tylko tli. Iść całym sobą.  Ty, Który nie zagasisz knotka o nikłym promieniu, kiedy przyjdziesz i swoim Światłem rozjaśnisz ciemności i mrok mojej duszy?
Napisała. Sylwia Matlak

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Przerywam milczenie!!!

Odkąd oddycham Słowem lepiej Cię słyszę.

Mniej masz-więcej umiesz.