Coach Jezus?

Jakoś mi nie po drodze ta dzisiejsza Ewangelia. Ogólnie cała Liturgia Słowa. Mam sobie wyobrazić ucztę w towarzystwie chorych, ułomnych, odrzuconych na margines. To jeszcze nic!
Mam sobie uzmysłowić, że nie jestem lepsza! Że należę do tego niezbyt wylansowanego towarzystwa…Bo przecież w pierwszym czytaniu słyszę, że mam oceniać drugich za wyżej od siebie stojących.

Jeżeli chcesz coś dać, daj temu który nie może się Tobie odwdzięczyć. Kochaj tego, kto nie odda Ci miłością za miłość i szanuj osobę, od której nie otrzymujesz szacunku. Pracuj dla człowieka, który Ci nie pomoże. Nie odpowiadaj plotką ma plotkę. Przeciwnie…Błogosław.

Tak. Chrześcijaństwo to nie coaching. To droga totalnie niezgodna z pomysłami współczesnego świata. Jezus, gdyby był coachem, uczyłby że prawdziwym sukcesem jest przezwyciężenie siebie samego. Pojednanie z własną niezgodą na  niesprawiedliwość. Zgoda na to, by mnie ktoś wyprzedził. Pozostawanie na małym i ubóstwo.

Jezusowa wizja wielkości człowieka polega na zdolności wydobycia z siebie czegoś więcej niż jedynie instynktu przedsiębiorczości. Jezus mówi o wyborze ostatniego miejsca. Zaprasza swoich przyjaciół, by zamieszkali w slumsach z tymi których nazywa swoimi braćmi.

Czy Jezus nie chce moich sukcesów? Myślę, że cieszy się naszymi powodzeniami , wie jednak, że nie one dają szczęście i pokój serca. A pokój serca rodzi się z prostoty i umiłowania tego co nie jest szlachetne. Znajduje się w zgodzie na człowieka takiego jaki jest. W zgodzie na siebie samego, takiego jakim jestem. W gruncie rzeczy Jezus jest najlepszym trenerem samoakceptacji .

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Przerywam milczenie!!!

Mniej masz-więcej umiesz.

Wycieram nosy cudzym dzieciom