Przejdź do głównej zawartości

Wspomnienie z Lourdes

Dobry kawał czasu minął od mojej wizyty u Matki Bożej w Lourdes. Miałam wtedy 17 lat i właściwie wybrałam się na wymianę międzyszkolną do Francji tylko ze względu na Lourdes i La Salette. Pozostałe epizody tej wymiany naznaczone bowiem były  radosnym imprezowaniem naszych francuskich „gospodarzy”, którzy chyba czuli się odpowiedzialni za sprowadzenie nas z drogi dość przyzwoitego życia. O tym jednak nie będę pisać.

Francję zapamiętałam jako państwo szokująco laickie.
W samym miasteczku w którym mieszkaliśmy, mieściły cztery świątynie. W żadnej nie było Mszy Świętej w tygodniu a w niedzielę w jednym z tych pięknych kościołów Mszę odprawiał sędziwy kapłan w otoczeniu grupki starszych Francuzów i nas…młodych Polaków.

Widok dość przygnębiający.

Dla mnie jednak jest to ciągła przestroga. Nie o budynki chodzi! Nie o ładne wyposażenie Kościołów. Nie o to! Żywy Kościół pierwszych wieków spotykał się w katakumbach wydrążonych w powulkanicznej skale zwanej tufem. Nie było wielkich okazałych świątyń, był ubogi tuf. Tam spotykali się ludzie, którzy mieli odwagę zaświadczyć o Jezusie aż do męczeństwa.
W naszych złoconych świątyniach spotykają się chłodni sceptycy przyzwyczajeni do tradycji.

Katakumby-Rzym
Im więcej mamy dóbr tym ubożsi duchowo jesteśmy. Koncentrujemy się na głoszeniu ale nie dociera do nas, że Chrystus głosił ubogimi środkami. Paweł również!

Mija 14 lat, od mojej podróży  do Francji. I obserwuję, że zaczynamy w Polsce iść w podobną stronę. Pewne zjawiska mnie niepokoją. Jeśli chcemy żyć autentycznie potrzebujemy ubóstwa i empatii wobec ubogich. Bogactwo zatwardza serce, człowiek który ma wszystko czego pragnie, nie jest często w stanie zrozumieć kogoś kto cierpi niedostatek.

Dlatego w laickiej Francji jest takie miejsce, gdzie Kościół żyje…I choć wznosi się na nim piękna bazylika, ludzie są tam wrażliwi. To dlatego, że Lourdes jest miejscem chorych. Miejscem gdzie Maryja uzdrawia cierpiących. Ludzie, którzy tam przybywają mają zgoła inne nastawienie, niż statystyczny „niedzielny katolik”. Są to ludzie potrzebujący, ludzie chorzy na ciele lub duchu…

Doświadczanie choroby, jest więc dla niektórych z tych ludzi okazją, do spojrzenia na swoje życie szerzej. Przybywają często zamożni lecz chorzy. Pieniądze stają się dla nich mało ważne, bo zabrakło zdrowia. I to jest szczelina! Cierpienie, którego doznają otwiera ich, czyni potrzebującymi. Nagle widzą, że są w potrzebie…Dostrzegają, że ich życie było często oparte na   płytkim materializmie.

Lourdes jest niezwykłe…Maryja pozwala tam ludziom zauważyć odpowiednią kolej rzeczy.

Pamiętam, że udało mi się podejść pod skałę, przy której jest źródło Bernadetty…Jest na niej figura Maryi. Uklękłam bardzo blisko figury i zalał mnie głęboki pokój. Doświadczenie tak silne, że do dziś go pamiętam jakby to było wczoraj.

Chorzy w Lourdes
Lourdes zmieniło moje serce. Pozwoliło patrzeć na życie z innej perspektywy. Docenić fakt bycia w potrzebie.


Komentarze

  1. W Lourdes nie byłem, ale po Katakumbach chadzałem...Tak, czy inaczej Kościół winien powrócić do korzeni - podziemi, do źródeł wiary, której Chrystus w nas szuka, albo będzie szukał...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Ja nie byłam w Katakumbach, ale bardzo mnie do nich ciągnie, właśnie ze względu na te korzenie o których Pan pisze...Myślę, że Chrystus szuka w nas wiary, ale jeszcze wcześniej szuka nas samych, bo często jesteśmy zagubieni w konsumpcyjnym stylu życia.

      Usuń
  2. Tak, zgadzam się z Siostrom! Przyszła mi teraz taka myśl do głowy, że człowiek powinien uwierzyć, że ma duszę, albo uwierzyć Duszy, wtedy odnajdzie siebie, a może nawet samego Chrystusa...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

skomentowali

Popularne posty z tego bloga

Przerywam milczenie!!!

Odkąd usunęłam Fb miało mnie być tu więcej...Nawet obiecywałam. Prawda jest taka, że dzięki odcięciu facebookowej pępowiny doświadczam cudownej wolności od internetu. Korzystam z niego o wiele rzadziej i nie marnuję tyle czasu, poza tym wydaje się, że jestem zdrowsza psychicznie. 

Czuję się o wiele spokojniejsza i mniej zabiegana, łatwiej mi wrócić do harmonii z samą sobą. To są fakty przetestowane na własnej skórze. Odkąd "rzuciłam" facebooka bardziej angażuję się w PRAWDZIWE życie, w ludzi i ich sprawy. Bardziej jestem ze wspólnotą i więcej czasu poświęcam ludziom. Potrafię dać komuś więcej swojego czasu.

Moi drodzy. Wiem, że brzmi to trochę jak przechwałki. Szczerze powiem, że trochę gryzło mnie sumienie, że nie piszę nic na blogu. Z drugiej strony...Naprawdę nie chcę, by chodziło tylko o liczbę wejść na bloga i popularność. 

Wiem, że są tu moi przyjaciele. Ludzie, którzy czytają bloga bo gdzieś tam, na jakimś etapie życia zetknęli się ze mną i polubili. Biblia mówi "po…

Odkąd oddycham Słowem lepiej Cię słyszę.

Zastanawiam się nad moim sposobem wyrażania się. Czy kiedykolwiek o tym myślałeś? Nasza mowa nas rzeczywiście „zdradza”-że nieco żartobliwie nawiążę do sytuacji Piotra na dziedzińcu Piłata.
Wystarczy się wsłuchać w to co mówi drugi człowiek, a jeśli mam przenikliwy umysł potrafię wywnioskować wiele na temat jego pragnień, zranień i trudności.
Mowa nas zdradza…
Kiedy dłużej słuchamy odkrywamy tajemnicę mówiącego. Pozwalając się wypowiedzieć odkrywamy człowieka.
Jakże ważnym jest umiejętność słuchania!
W istocie, mimo coraz liczniejszych kursów komunikacji interpersonalnej słuchamy siebie nawzajem za mało i źle. Osobiście to odkrywam! Źle słucham, często zagaduję sobą i nie daję w rozmowie przestrzeni milczeniu. To milczenie jest przecież tak ważne!!!
Boimy się jednak pozostać z kimś bez słowa, to nas krępuje, natrętnie cisną się wówczas do głowy przeróżne pytania lub opowieści. To błąd!
Modlitwa kontemplacyjna uczy słuchania dużo bardziej niż jakikolwiek trening komunikacji. Dzieje się tak, …

Mniej masz-więcej umiesz.

Kochani Umiar nas uzdalnia, nadmiar nas zubaża. Serio! Prosty przykład zaczerpnięty jest z mojego dnia-dnia dzisiejszego-dodać warto.
Nie jestem muzykiem ale gram na gitarze, ładne 20 lat. Otrzymaną  jako nastolatka gitarę darzę szczególnym sentymentem. Jest już masakrycznie poobijana, podrapana, do żywego drzewa obdarta z lakieru niedelikatnym gestem kostki. Dwa razy zmieniane siodełko ( próg nr 0), lakierowana dwa razy na własną rękę ( czy raczej własną ręką).
Dziś przegrała w starciu z moim uczniem z klasy III (SP).Straciła klucz-złamał się(kawał żelaza-dodać trzeba).
Kochani, myślałam, że to już koniec…Że nie pogram, aż do kolejnej próby uratowania kultowego instrumentu, oczywiście w oparciu o własne zdolności lutnicze ;)
Kiedy pierwszy raz zmieniałam próg-nie miałam pojęcia, że to mi się uda. Dziś podobnie stało się z kluczem. Otóż…”Nie pogram do momentu zakupu nowych maszynek z kluczami”-pomyślałam ze smutkiem.
No ale coś mnie podkusiło i stwierdziłam, że wcale nie trzeba stroić gitar…