Zmaganie ze sobą.

Wielki Post już na ostatniej prostej…Patrzę na siebie…Na pokonany dystans.
Pociesza mnie Jezus i podziwiam Jego zapatrzenie w nas wszystkich, we mnie.
W końcu to On niesie Krzyż, cierpi, jest cały zalany krwią. To naprawdę paradoks, że mnie pociesza.

A obiecywałam sobie, że w tegorocznym Wielkim Poście to ja będę przy Nim. Jak zawsze, widzę, że to On był ze mną, to On wspierał, On dodawał sił. Piękny Człowiek, który w cierpieniu nie zamyka się w samym sobie. Mój Bóg, Jezus, Ten, który nigdy ze mnie nie rezygnuje.

Miałam się zmagać z własnym wygodnictwem, z moją tak bardzo rozleniwioną naturą…Tydzień przed Niedzielą Palmową, był od tej strony totalną klapą. Okazało się, że dając coś z siebie, bardzo szybko szukam momentu rekompensaty. Nie potrafię się zmagać ze sobą.

A zmaganie jest mi bardzo potrzebne. Moja wola, przez wygodny tryb życia osłabła. Słaba wola, to niezbyt fajna sprawa. Na szczęście jak powiedział jeden z ojców pustyni, „nie jest ważne ile razy upadasz, ważne byś był powstający wówczas, gdy będzie przechodził Pan”. Dokładnie!
Ćwiczenie woli czasem zaczyna się od tak skromnego postanowienia, jak to, że nie będę leżeć w upadku. Nie będę trwać w swojej słabości, będę się podnosić….

Całkiem niedawno poruszyły mnie słowa, które Jezus wypowiedział, do chromego „wstań, weź swoje łoże”. Uświadomiłam sobie, że ja ( bardzo dosłownie ) lubię leżeć, a Jezus zaprasza mnie do zmiany stylu myślenia i życia. METANOIA.

Dobrze! Ale po co mi to łoże?
A no właśnie po to, bym mogła pokazać je w dowód mojej niepełnosprawności. Łoże chromego, to jego „rekwizyt ewangelizacyjny”. A ja? Może dla niektórych oczywistym jest, jak bardzo słabym człowiekiem jestem i na jak nie wiele mnie stać…
Jeżeli Pan mnie PODNIESIE, jeśli otworzy mnie na nowy sposób myślenia i działania.
Wówczas niektórzy z pewnością zobaczą mnie i ciągle przyklejone przez historię życia moje „łoże”.
I może zapytają „czy to ona?” i łoże zaświadczy ( symbol kalectwa ) że zostałam uzdrowiona.

Póki co uzdrawia mnie powstawanie, ciągle na nowo…


Komentarze

  1. "Czy to ona? i łoże zaświadczy..." - świetne!

    OdpowiedzUsuń
  2. "Kim on jest?", a łoże odpowie :) - to ja, Anonimowy!

    OdpowiedzUsuń
  3. "Łoże" to symbol rzeczywistości zawsze dość ułomnej w stosunku do naszych apetytów i oczekiwań, jednak pierwszym krokiem do uzdrowienia, do integracji, do "całości", jest akceptacja tego co jest, bez względu na to jakie jest. Trzeba nam to świadomie przyjąć, tak jak Jezus na drodze swej męki, wtedy z pewnością zaczną się w naszym życiu dziać prawdziwe cuda... Czy się wymądrzam na początku WT? Może, ale tak już mam; diagnoza: nieuleczalny mądrala!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, "akceptacja tego co jest bez względu na to jakie jest"-to bardzo istotna sprawa. Życie trzeba zaakceptować ale nie po to by osiąść na laurach, lecz aby zapragnąć zmiany, a może bardziej przemiany w TEGO, który jest naszym WZOREM.

      Usuń
    2. Pełna zgoda! Akceptacja to pierwszy krok, ale najważniejszy, warunkujący kolejne, dlatego uważam, że zamiast spinać się w postanowieniach wystarczy po prostu zaakceptować, bo to łatwiejsze, a poza tym nie angażuje tak bardzo ambitne i pyszne "ego", które później bardzo płacze jak nie podoła wyzwaniom. Dlatego, po pierwsze AKCEPTACJA CAŁOŚCI, a później to mamy już z górki... do RZECZYWISTOŚCI... DZIĘKUJĘ :) ;) :)

      Usuń
    3. Już wiem! Akceptacja jest "bierna", natomiast postanowienie poprawy "aktywne". Paradoksalnie akceptacja jest trudniejsza, bo nie wymaga, aż tak dużego wysiłku. Akceptuje nasz "Człowiek wewnętrzny", natomiast obiecuje "gruszki na wierzbie" nasze stale niezadowolone "ego"...

      Usuń
    4. Za dużo psychologii Anonimowy...z całym szacunkiem. Terminologia iście psychoanalityczna. Nie dobrze jest wierzyć w psychologię. Potrzeba wierzyć w Boga. Psychologia jest narzędziem...Tak naprawdę psychologia wyszukanym językiem opisuje to co Ojcowie pustyni znali już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Problem w tym, że oni szukali i słuchali Boga...szukali Jego słowa, my przez dość samorealistycznie pojętą psychologię często szukamy siebie. Ojcowie zalecali zmaganie, ascezę, widzieli wartość. Dziś psychologia zaczyna się "budzić" i dostrzega wartość uważności czy poprzestawania na małym...ale wielu jeszcze uważa, że AKCEPTACJA jest szczytem. Nie jest! My mamy patrzeć na Chrystusa i poznając własną słabość nie tyle ją akceptować co oddawać Temu, który może nas przemienić w siebie i to jest szczyt! To jest pełna realizacja człowieczeństwa...A poczucie że nie potrafię zrealizować postanowień nie musi być echem "niezadowolonego "ego"....winno być raczej piękną okazją do pokory. Psychologia jednak na pokorę spoziera z lekkim niedowierzaniem, a przecież jest ona FUNDAMENTEM życia duchowego.

      Usuń
    5. Pięknie Siostro! A swoją drogą, co dwoje to nie jedno...co ja mówię? - TROJE!!!

      Usuń
  4. AKCEPTACJA - RADOŚĆ - PASJA, czyli ZWIASTOWANIE!!!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

skomentowali

Popularne posty z tego bloga

Przerywam milczenie!!!

Wycieram nosy cudzym dzieciom

Poszukiwanie własnej wartości.