Zakonne poranki.

Jest wcześnie rano. Dzwoni dzwonek, i ktoś budzi się ze swego snu, by już za chwilę spotkać się z innymi podobnego typu ludźmi, którzy w pewnym momencie swego życia postanowili że oddadzą je Bogu.

Te poranki są zarówno piękne jak trudne. Odbywa się  często wtedy walka natury z łaską…Poranki są dla siostry zakonnej bardzo istotne. Dla mnie są jak papierek lakmusowy mojej autentyczności.
Należę do osób, dla których sen, może trwać do południa. Od dziecka mam problemy z porannym wstawaniem i kiedy usłyszałam w sercu wezwanie, by pójść za Jezusem, byłam przekonana, że jednego nie przeskoczę: wstawania o 5:20.

Właściwie poszło prawie o zakład z Panem Bogiem, że w nowicjacie wysiądę i nie dam rady. Widziałam już spakowane walizki w drodze powrotnej do domu,  z powodu niezdolności do porannego wstawania.

Bóg dał powołanie i w pakiecie dał łaskę – przetrwałam nowicjat. Poczucie humoru nie opuszcza Najwyższego, więc po złożeniu pierwszych ślubów, otrzymałam  pierwszy poważny obowiązek, była nim zakrystia, co sprawiło, że musiałam wstawać średnio 15 min wcześniej, niż reszta wspólnoty, by przygotować ołtarz. Było ciężko, ale dałam radę.

Dziś widzę, jak cenny jest ten poranny czas. Nadal walczę ze sobą,  jednak mam takie przeświadczenie, co do którego jestem mocno przekonana, że w moim życiu momenty, gdy zamiast chwalić Boga pierwszą myślą nowego dnia, przeklinałam, były momentami  w których próbowałam żyć z natury, nie z łaski. To były i są dni, w których zwycięża moja wygoda, mój plan na życie, moja cielesność nad duchowością. I wiem, że cielesność jest tak nam bliska i ukochana, że bez duchowości i perspektywy łaski, ona po prostu tryumfuje.

Tymczasem odkrywam, że życie zakonne, to bardzo konkretnie uduchowiona cielesność. Nie jest ona zanegowana, lecz podniesiona duchowością.

Przeżywając kilka już razy kryzys wiary, zadawałam sobie pytanie „po co wstawać o tak nie ludzkiej porze?”. Wszystkie racjonalne argumenty stały po mojej stronie. Nie ma sensu – stwierdziłam wielokrotnie. Przyznaję, że nie myślę o tych kryzysach najlepiej i uważam, że wyszłam słabo. Właściwie wszystkie wynikały z mojej natury, która bez łaski przeżywała bolesne oczyszczenie.
Wyszłam z dotychczasowych z przekonaniem, że jestem słabiutka, właściwie bardzo nijaka.

Myślę, że nic by mnie w klasztorze nie zatrzymało, gdyby nie towarzyszące mi głębokie przekonanie, że On –Jezus – Oblubieniec mnie kocha mimo wszystko. Ta Miłość była czymś o czym wiedziałam, była pewnością. I choć tak bardzo słaba, czułam, że nie mogę, nie chcę zerwać z Tą Miłością.

Dziś, zaczynam powoli dostrzegać piękno poranków w zakonie. Nikt mi już nie musi tego narzucać, chcę się rano spotkać, ze wspólnotą i z Bogiem. Lubię poranną ciszę i kroki schodzących się do kaplicy sióstr. Ujrzałam piękno, choć trzeba było przebyć długą drogę. Nadal lubię pospać i chętnie korzystam z tego dobrodziejstwa, gdy jest możliwe. Jest jednak jakiś czar w porankach zakonnych, jest smak w pierwszym świadomym uderzeniu serca, skierowanym do Jezusa, już bez pretensji lecz z radością wybrania.


Komentarze

  1. Dla mnie też wstawanie o 5.30, a czasem 4.30, żeby z mężem odmówić jutrznię (potem dzieci trzeba wyprawić do przedszkola, a on do pracy jedzie) to masakra... Ale jakoś dajemy radę, a dzień potem zupełnie inny :) I sił do wszystkiego więcej, choć powinno być mniej.
    I też jestem z tych, co mogliby spać do południa :D
    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję za to co napisałaś. To świadectwo i dla mnie.

      Usuń
  2. Ale piękne zdjęcia, szczególnie to pierwsze.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chociaż także lubię pospać i wykorzystuję każdą okazję, aby nie wstawać przed 7.00 (ponad 5 lat pracy w systemie zmianowym, kiedy w nocy musiałam być dyspozycyjna zrobiło swoje), to w czasach, kiedy w moich myślach pojawiały się przebłyski dotyczące wstąpienia do zakonu, nie wczesne wstawanie budziło moje wątpliwości i lęk. Najbardziej przerażało mnie, że ktoś będzie decydował o tym, co mam robić o konkretnej godzinie. Jestem osobą raczej uporządkowaną, ale ten ład narzucam sobie sama. Każde: MUSISZ budzi mój sprzeciw. Walczę z tym, ale nie do końca skutecznie, niestety. Swoją drogą, kiedy zawsze kiedy wcześniej wstanę, dzień wydaje się taki dłuuuugi. Można więcej razy powiedzieć komuś: kocham, więcej razy się do kogoś uśmiechnąć, ogólnie rzecz biorąc zrobić więcej dobrego :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Od ponad 3 lat przewlekle choruję.

    Każda kolejna kuracja przynosi osłabienie organizmu, to już ponad 700 tabl. antybiotyku.

    Ale mimo tego min. 2 razy w tygodniu wstaję o 5:00 na poranną Świętą Mszę, gdzie trasa zajmuje mi ok. 25 min. na piechotę.

    Jednak przenikająca cisza w Kościele, przesuwane paciorki Świętego Różańca w palcach, nasycanie się słowami Liturgii Świętej Mszy z punktem kulminacyjnym jakim jest zjednoczenie się z Panem Jezusem Chrystusem pod postacią Jego Ciała i Krwi jest bezcenne...

    Bartek G.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

skomentowali

Popularne posty z tego bloga

Przerywam milczenie!!!

Mniej masz-więcej umiesz.

Wycieram nosy cudzym dzieciom