Moje serce żyje w klasztorze.

Jak to jest kiedy się jest w klasztorze dopiero kilka dni?
Wszystko jest nowe i egzotyczne. Bardzo systematycznie ułożony plan dnia, spięty klamrą modlitwy sprawia, że człowiek czuje się trochę jak na nowej planecie. Ta planeta niby jest tu, w świecie supermarketów i internetu a jednak, jest to inna planeta.

Życie w klasztorze musi mieć w sobie tę nazwijmy to kosmiczną egzotykę. Jest to przecież życie oparte na zupełnie innej logice aniżeli ta, która panuje przed jego murami . Logika ta, jest skoncentrowana wokół ołtarza, ciszy, milczenia, pracy…

Jeśli cokolwiek mnie rozczarowało w pierwszych dniach bycia w klasztorze, to zbytnie zbliżenie do tego z czego dopiero co wyszłam –jakaś świeckość. Dopasowanie się do klasztornego planu dnia, nie było dla mnie rzeczą łatwą, lecz chyba bardziej bolesne okazało się to, że można tu-na tej innej planecie prowadzić życie podwójne. Żyć w rozkroku między tym co zakonne a tym co typowo światowe.

Dziś gdy o tym myślę dochodzę do wniosku, że zakonność to przepojenie Bogiem i modlitwą. Właśnie takie przepojenie Bożą obecnością, ciszą i modlitwą sprawia, że nawet wewnątrz supermarketu, pozostaję nadal w klasztorze. Klasztor mnie sobą przepoił, przesycił, napełnił.

Wychodząc do „świeckiej” pracy w gminnej Podstawówce, noszę w sobie klasztor. Moje serce żyje w klasztorze zawsze…Nie muszę przeżywać napięcia, lecz wnoszę mój klasztor – moją zakonność w otaczający mnie świat.

Jednak, gdy pomieszają się proporcje, gdy moja zewnętrzna aktywność odbierze mi ducha, gdy przestanę słuchać Słowa…jeśli moje serce wyprowadzi się z klasztoru, wówczas szybko stanę się hipokrytą – osobą tylko na pozór noszącą habit.


Komentarze

  1. Słowo "klasztor" przeszywa mnie dreszczem, zdjęcie "kamiennego serca" też nie napawa optymizmem. Mam tylko cichą nadzieję, że Siostra to "kamienne serce" zostawia w klasztorze, a do do dzieci wychodzi z tym ludzkim, tj. zakonnym...?

    Jeśli chodzi o tego "hipokrytę" to bym za szybko o nim nie zapominał, to wewnętrzne pęknięcie, rozdwojenie, czy też jadowe ukąszenie, czy też brzemię nosić będziemy do śmierci, sama kiedyś Siostra przytoczyła zakonną humoreskę, że "ego" umiera kilka minut po zgonie, czy coś koło tego. Zresztą powołam się na Autorytet: "...Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników»" (Mt 9, 13)

    Oczywiście przez powyższe nie piję do Siostry, słynie przecież Ona ze swej spójności, tak tylko na "zimne dmucham" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Różni nas to, że mnie słowo "Klasztor" przywodzi na myśl moją intymną rozmowę sam na sam z Tym Który JEST i KOCHA.

      Usuń
    2. Klasztor od łac. claustrum, miejsce zamknięte. Można na ten termin popatrzeć z różnych stron, jak widać to u moich przedmówców :) :).
      A ja dorzucę jeszcze jedno znaczenie, zwłaszcza, że Siostra pisze, że klasztor w sobie nosi. Owo "miejsce zamknięte" oznacza dla mnie też pewną całość, pewną niepodzielność serca, pewien wymiar ogrodu zamkniętego dla Kogoś przeznaczonego, pewną wydzieloną przestrzeń, która stanowi całość, tzn. nic jej nie brakuje.

      Usuń
    3. ...ja zaś mam "serce rozdarte" i to nas różni :)

      Usuń

Prześlij komentarz

skomentowali

Popularne posty z tego bloga

Przerywam milczenie!!!

Mniej masz-więcej umiesz.

Wycieram nosy cudzym dzieciom