Przejdź do głównej zawartości

Rozeznawanie powołania cz III (Doświadczenie Miłości)


Jak już  wcześniej pisałam, w procesie rozeznawania powołania ważną rzeczą jest poznanie własnego świata wewnętrznego. Mam tu na myśli poznanie mechanizmów jakie we mnie działają, nie chodzi mi tu o psychologiczne badanie podłoża własnych zachowań. Taka autoanaliza, szczególnie w pojedynkę, bez pomocy specjalisty może się skończyć niezbyt szczęśliwie. Stare powiedzenie rzecze, że nikt nie jest dobrym sędzią we własnych sprawach. O kierownictwie duchowym zresztą już było. Chodzi mi o jeszcze inny wymiar  poznawania siebie. Taki wymiar, gdzie poza mną i  kimś kto mnie wspomaga dochodzi jeszcze element najważniejszy, elementem tym jest obecność Miłości Miłosiernej.

Poznawanie siebie to trudna, mozolna i nie raz smutna praca, są w niej momenty radosne, lecz dotykanie ran, raczej nie napawa optymizmem. Człowiek z natury ucieka od prawdy o sobie, od tej trudnej, smutnej prawdy. Bardzo sprytnie potrafimy sobie nasze nieuporządkowanie wytłumaczyć. Sami przed sobą nie chcemy się przyznać do tego, ze są w nas miejsca słabe, skrzywdzone, wołające o pomoc. Dzieje się tak, bo wielu z nas odrzuca tą słabą część siebie samych, uznając ją za niewartą uwagi, miłości, pochylenia.

Odrzucając własne zranienia człowiek buduje na ich miejscu fikcyjne mosty do poczucia stabilności. Taka słabość destabilizuje, bo tam gdzie mam emocjonalne problemy nie działam normalnie. Właśnie dlatego lubimy te miejsca zasłaniać sztucznymi mostami do dojrzałości. Jednak te kanony ran trzeba przebyć  o własnych nogach, trzeba się z nimi zmierzyć.  Łatwiej co prawda zrobić sobie mostek do dojrzałości ukuty powiedzmy z zaradności życiowej czy inteligencji, sprytu, siły a nawet poczucia humoru. W rzeczywistości jesteśmy mistrzami od takich mostów. Jest tylko jeden problem…nie znając „anatomii” kanionu nie zbudujemy na nim wystarczająco solidnego mostu. Ten kanion trzeba przebyć…

Powodem dla którego boimy się wejścia w kanion naszych historii życia jest brak poczucia bezpieczeństwa, po prostu – lęk. Przeczuwamy bowiem, że tam, w kanionie czekają na nas przyczajone potwory naszego dzieciństwa-boimy się ich. Jednak to nie są już te same potwory, my urośliśmy i one zmalały, możemy już teraz stanąć z nimi oko w oko, by uznać, że są całkiem nie groźne, że można je okiełzać .

Potrzebujemy bardzo doświadczenia Miłosierdzia Bożego. Potrzebujemy Miłosiernej ręki Boga, który z ojcowską troską, chwyci nas za rękę i pójdzie z nami do tego kanionu. Chodzi o poznanie historii własnego życia w przeświadczeniu o byciu bezgranicznie umiłowanym przez Boga. Chodzi o uznanie takiej rzeczywistości, że Bóg, był ze mną we wszystkim, że jest w konsekwencjach moich zranień. Tylko wiedząc, że jesteśmy kochani możemy odważyć się na odsłonięcie bolącego miejsca i o to właśnie chodzi.

W rozeznawaniu powołania ważne jest doświadczenie miłości. Chodzi o poznanie w Bogu Miłosiernego Ojca.


Dlaczego jest to tak ważne? Ponieważ każde powołanie jest z definicji odpowiedzią miłości na miłość. Jeżeli nie doświadczę najbardziej fundamentalnej miłości, która towarzyszy mi od stworzenia, pomimo wszystko i wbrew wszystkiemu nie podejmę powołania. Owszem może wybiorę jakąś drogę życia, ale bez doświadczenia bycia  wezwanym przez miłość to nie będzie powołanie, będzie jedynie służba-trudna i wymagająca. Nie ma wtedy owej ewangelicznej radości płynącej z dawania osobie ukochanej, jest poczucie obowiązku i rozgoryczenie.  

Komentarze

  1. Tak, to prawda: "Jesteśmy mądrzy dla innych, a głupi dla siebie"!

    "...zrobić sobie mostek do dojrzałości ukuty z zaradności życiowej czy inteligencji, sprytu, siły a nawet poczucia humoru." - w tym zdaniu "poczucie humoru", które uważam za zdrowy przejaw życia zastąpiłbym "ironią", która bardzo często jest reakcją obronną."

    Jeśli zaś chodzi o fundamentalne znaczenie miłości bezwarunkowej to się zgadzam, sęk jednak w tym, że nie wszyscy mieli szczęście Jej doświadczyć, dlatego my jako chrześcijanie, jako ci nieszczęśni, poranieni szczęściarze proszeni jesteśmy o nie zasłanianie się Bogiem, lecz o czytelne świadectwo miłości wobec bliźniego, wobec drugiego nieszczęśnika, którego mamy uczynić szczęśliwym...czasem wystarczy prosty gest :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Siostro, powinnaś wydać książkę na ten temat. Myślę, że wielu by z niej skorzystało. Co zrobić, gdy się wie, że jest coś nie tak i chce się nad sobą pracować, ale wciąż nie ma się kogoś z kim można by było ten etap przejść; owszem, co miesięczna spowiedź, ale co zrobić, gdy nie ma się kierownika duchowego, a nie chce się go szukać na siłę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba się modlić o kierownika duchowego, św.Faustyna długo zmagała się z takim dylematem, musiała trochę zaczekać aż Bóg dał jej ks. Sopoćkę :) Trzeba mieć otwarte oczy, uszy, serce i szukać takiego kogoś...

      Usuń
  3. A jak można wybrać kierownika duchowego? Czy chodzi o to, by ten ktoś mi odpowiadał, w sensie to, w jaki sposób ze mną rozmawia, czy całkowicie przeciwnie, powinien być to ktoś, kto ma do tego duży dystans, kto potrafi być czasem ,,oschły i zimny"...?Jak mają wyglądać takie spotkania-rozmowy? (przepraszam za orta w poprzednim komentarzu)

    OdpowiedzUsuń
  4. Napiszę o tym w kolejnym poście :)Dziękuję za podpowiedź tematu:) Pozdrawiam i proszę o cierpliwość w oczekiwaniu na wpis:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Moim zdaniem o wyborze kierownika duchowego powinien decydować fakt, czy jesteśmy gotowi, czy jesteśmy w stanie mu zaufać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że są dwa zasadnicze stopnie zaufania, odzyskanie zaufania do człowieka i zdanie się całym sercem na Boga, przy czym dokładnie nie wiem, który z nich występuje jako pierwszy. Pewne jest natomiast, że oba stopnie się jakoś warunkują, to jak obie zdrowe ręce działające dla wspólnego dobra.

      Tak więc; Wyciągnij rękę!

      Usuń

Prześlij komentarz

skomentowali

Popularne posty z tego bloga

Przerywam milczenie!!!

Odkąd usunęłam Fb miało mnie być tu więcej...Nawet obiecywałam. Prawda jest taka, że dzięki odcięciu facebookowej pępowiny doświadczam cudownej wolności od internetu. Korzystam z niego o wiele rzadziej i nie marnuję tyle czasu, poza tym wydaje się, że jestem zdrowsza psychicznie. 

Czuję się o wiele spokojniejsza i mniej zabiegana, łatwiej mi wrócić do harmonii z samą sobą. To są fakty przetestowane na własnej skórze. Odkąd "rzuciłam" facebooka bardziej angażuję się w PRAWDZIWE życie, w ludzi i ich sprawy. Bardziej jestem ze wspólnotą i więcej czasu poświęcam ludziom. Potrafię dać komuś więcej swojego czasu.

Moi drodzy. Wiem, że brzmi to trochę jak przechwałki. Szczerze powiem, że trochę gryzło mnie sumienie, że nie piszę nic na blogu. Z drugiej strony...Naprawdę nie chcę, by chodziło tylko o liczbę wejść na bloga i popularność. 

Wiem, że są tu moi przyjaciele. Ludzie, którzy czytają bloga bo gdzieś tam, na jakimś etapie życia zetknęli się ze mną i polubili. Biblia mówi "po…

Odkąd oddycham Słowem lepiej Cię słyszę.

Zastanawiam się nad moim sposobem wyrażania się. Czy kiedykolwiek o tym myślałeś? Nasza mowa nas rzeczywiście „zdradza”-że nieco żartobliwie nawiążę do sytuacji Piotra na dziedzińcu Piłata.
Wystarczy się wsłuchać w to co mówi drugi człowiek, a jeśli mam przenikliwy umysł potrafię wywnioskować wiele na temat jego pragnień, zranień i trudności.
Mowa nas zdradza…
Kiedy dłużej słuchamy odkrywamy tajemnicę mówiącego. Pozwalając się wypowiedzieć odkrywamy człowieka.
Jakże ważnym jest umiejętność słuchania!
W istocie, mimo coraz liczniejszych kursów komunikacji interpersonalnej słuchamy siebie nawzajem za mało i źle. Osobiście to odkrywam! Źle słucham, często zagaduję sobą i nie daję w rozmowie przestrzeni milczeniu. To milczenie jest przecież tak ważne!!!
Boimy się jednak pozostać z kimś bez słowa, to nas krępuje, natrętnie cisną się wówczas do głowy przeróżne pytania lub opowieści. To błąd!
Modlitwa kontemplacyjna uczy słuchania dużo bardziej niż jakikolwiek trening komunikacji. Dzieje się tak, …

Mniej masz-więcej umiesz.

Kochani Umiar nas uzdalnia, nadmiar nas zubaża. Serio! Prosty przykład zaczerpnięty jest z mojego dnia-dnia dzisiejszego-dodać warto.
Nie jestem muzykiem ale gram na gitarze, ładne 20 lat. Otrzymaną  jako nastolatka gitarę darzę szczególnym sentymentem. Jest już masakrycznie poobijana, podrapana, do żywego drzewa obdarta z lakieru niedelikatnym gestem kostki. Dwa razy zmieniane siodełko ( próg nr 0), lakierowana dwa razy na własną rękę ( czy raczej własną ręką).
Dziś przegrała w starciu z moim uczniem z klasy III (SP).Straciła klucz-złamał się(kawał żelaza-dodać trzeba).
Kochani, myślałam, że to już koniec…Że nie pogram, aż do kolejnej próby uratowania kultowego instrumentu, oczywiście w oparciu o własne zdolności lutnicze ;)
Kiedy pierwszy raz zmieniałam próg-nie miałam pojęcia, że to mi się uda. Dziś podobnie stało się z kluczem. Otóż…”Nie pogram do momentu zakupu nowych maszynek z kluczami”-pomyślałam ze smutkiem.
No ale coś mnie podkusiło i stwierdziłam, że wcale nie trzeba stroić gitar…