Przejdź do głównej zawartości

Jak zakon złamał moje ego.


Pomysł by rozpocząć życie zakonne jest dość oryginalny. Bo niby jak to się dzieje, że nagle jakaś dziewczyna stwierdza: będę zakonnicą!

Jak to się dzieje, że niektórzy dochodzą do tego wniosku a inni nie? Kiedy pojawiają się pierwsze symptomy i dlaczego niektórzy po latach stwierdzają, że jednak się pomylili?
Z życiem zakonnym jest jak z każdym innym związkiem. Życie zakonne, jest wejściem w relację. Relacja ta jest więzią wyłączną - oblubieńczą, lecz nie jest to życie sam na sam z Umiłowanym. W przypadku żeńskiego życia konsekrowanego, oznacza to: że poza tą pierwszą relacją z Bogiem, młoda dziewczyna wchodzi też, w szereg relacji ze wspólnotą w której żyje. Jak wszędzie, wspólnotę tę tworzą osoby najróżniejsze. Cała galeria charakterów, osobowości, upodobań, nawyków. Wspólnotę tworzę osoby starsze i młodsze, bardziej lub mniej sympatyczne. Z każdą osobą siostra zakonna, uczy się żyć w miłości chrześcijańskiej,  przynajmniej tak pragnie, bo życie weryfikuje naszą zdolność do kochania.

Dla mnie ta weryfikacja mojej osobistej zdolności miłowania sióstr jest bardzo cenna. Szczerze powiem, że wychowałam się niemalże jako jedynaczka (moja siostra urodziła się, gdy miałam 18lat). W zakonie spotkałam się z takim wachlarzem charakterów, i sposobów patrzenia na życie, że początkowo było to dla mnie sporym szokiem. Jako niemalże jedynaczka, nie musiałam nigdy szczególnie zabiegać o miłość, relacje pozytywne były w domu normą. W zakonie okazało się, że nie tylko mam czerpać od życia, ale że mam dawać miłość. Wyzbycie się grubo nawarstwionego egoizmu było procesem bardzo bolesnym. To zakon, nauczył mnie patrzenia na drugiego człowieka z poszanowaniem jego potrzeb i odmienności.

Z osobistego doświadczenia wiem więc, że kwestia relacji, jest tu bardzo istotna. To w jaki sposób buduję relacje z innymi, i co na to wpływa ma ogromne znaczenie dla jakości  mojego bycia w zakonie. Zdarzyć się może jednak i tak, że ktoś w ogóle nie potrafi budować poprawnych relacji z ludźmi. Czy więc taka osoba nie ma powołania?

By podjąć jakikolwiek związek, trzeba być poukładanym wewnętrznie. Nie znaczy to, że trzeba być idealnym. Człowiek przecież nie ponosi odpowiedzialności, za zranienia z dzieciństwa, przez które w dorosłym życiu napotyka na szereg przeszkód w budowaniu dobrych, satysfakcjonujących relacji. Jeśli jednak jakaś dziewczyna, kierowana wewnętrznym niespełnieniem w relacjach, odczuwająca w sobie jakąś głęboką pustkę emocjonalną zechce ulokować swe uczucia we wspólnocie zakonnej dochodzi do dramatu. I właśnie dlatego, nie należy do zakonu wstępować „spontanicznie”, emocjonalnie, bo „tak czuję”.

Choć bowiem motywy wstąpienia mogą i zazwyczaj są mocno interesowne, Bóg i tak weźmie się za nas na serio i będzie je oczyszczał, dając nam historie i przygody, poprzez które będzie chciał uszlachetnić nasze motywy. Bóg chce by serce zakonnicy było całe Jego. I ja nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Kiedy patrzę wstecz, na historią mojego bycia w zakonie, widzę bardzo wyraźnie, jak Mu zależało i nadal zależy, na tym, bym była coraz piękniejsza dla Niego. Piękna, czyli wolna i oddana w postawie służby. Jezus, chce bym kochała bardziej. Zaskakuje mnie w tym swą Boską determinacją. Z takiej egoistki, czyni mnie pragnącą kochać innych bardziej niż siebie samą. To cud! I nie prawie cud, lecz całkowity cud, którego świadkiem jestem.

I choć egoizm mieszka z sercu, to staje się on bólem. Ilekroć zamykam się we własnej małej złośliwości, w moich planach na życie odczuwam ból( to boli mnie wrzód egoizmu).


Uważam więc, że życie zakonne, o ile człowiek nie stanie się w nim starą panną stanowi cudowne antidotum na własne ego. Codziennie trzeba przecież zmagać się w nim o wyrozumiałość, życzliwość i pokorę wobec współsiostry…Codziennie Jezus przywołuje mnie do porządku, bym wiedziała, gdzie jeszcze kocham za mało. Kiedy błogosławię, a nie złorzeczę-wygrywam. Zakon to nie świat idealny, bez problemów, gdzie żyją ludzie doskonali. Nie! Zakon to błogosławione miejsce, szkoła miłości Boga w siostrze, która nie zawsze budzi moją sympatię. Zakon to sfera życia nadprzyrodzonego, gdzie cały czas trzeba błagać Ducha Świętego, by pomagał żyć według logiki łaski, nie według logiki zysku i prestiżu. Obyśmy umieli kochać ostatnie miejsca. Amen!

Komentarze

  1. S.Hiacynto, świetnie to napisałaś.
    Jako Twoja współsiostra doświadczam tego samego.
    Obym umiała kochać ostatnie miejsca. Módl się o to. pozdrawiam - s.

    OdpowiedzUsuń
  2. "Cała należę do Boga, a po kawałku daję się człowiekowi..."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...zaś, każdy kawałek nosi ślad Całości.

      Usuń
  3. No super dzieki Ci za to swiadectwo Siostro. Bede sie ucztc tak zyc. Twoja Siostra

    OdpowiedzUsuń
  4. Czy wobec powyższego było słychać trzask, czy tylko zgrzytanie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Duch działa łagodnie, leczy lecz nie ma to w sobie niczego z "gwałtownej wichury".

      Usuń
    2. Tak, wiem działa łagodnie i w ukryciu, jednak w Jego liturgii słychać wyraźny trzask przełamania, zdecydowane ukłucie...

      Usuń
    3. Proszę postawić kropkę po słowach "trzask przełamania"! To "zdecydowane ukłucie", to o dwa słowa za dużo :)

      Usuń

Prześlij komentarz

skomentowali

Popularne posty z tego bloga

Przerywam milczenie!!!

Odkąd usunęłam Fb miało mnie być tu więcej...Nawet obiecywałam. Prawda jest taka, że dzięki odcięciu facebookowej pępowiny doświadczam cudownej wolności od internetu. Korzystam z niego o wiele rzadziej i nie marnuję tyle czasu, poza tym wydaje się, że jestem zdrowsza psychicznie. 

Czuję się o wiele spokojniejsza i mniej zabiegana, łatwiej mi wrócić do harmonii z samą sobą. To są fakty przetestowane na własnej skórze. Odkąd "rzuciłam" facebooka bardziej angażuję się w PRAWDZIWE życie, w ludzi i ich sprawy. Bardziej jestem ze wspólnotą i więcej czasu poświęcam ludziom. Potrafię dać komuś więcej swojego czasu.

Moi drodzy. Wiem, że brzmi to trochę jak przechwałki. Szczerze powiem, że trochę gryzło mnie sumienie, że nie piszę nic na blogu. Z drugiej strony...Naprawdę nie chcę, by chodziło tylko o liczbę wejść na bloga i popularność. 

Wiem, że są tu moi przyjaciele. Ludzie, którzy czytają bloga bo gdzieś tam, na jakimś etapie życia zetknęli się ze mną i polubili. Biblia mówi "po…

Odkąd oddycham Słowem lepiej Cię słyszę.

Zastanawiam się nad moim sposobem wyrażania się. Czy kiedykolwiek o tym myślałeś? Nasza mowa nas rzeczywiście „zdradza”-że nieco żartobliwie nawiążę do sytuacji Piotra na dziedzińcu Piłata.
Wystarczy się wsłuchać w to co mówi drugi człowiek, a jeśli mam przenikliwy umysł potrafię wywnioskować wiele na temat jego pragnień, zranień i trudności.
Mowa nas zdradza…
Kiedy dłużej słuchamy odkrywamy tajemnicę mówiącego. Pozwalając się wypowiedzieć odkrywamy człowieka.
Jakże ważnym jest umiejętność słuchania!
W istocie, mimo coraz liczniejszych kursów komunikacji interpersonalnej słuchamy siebie nawzajem za mało i źle. Osobiście to odkrywam! Źle słucham, często zagaduję sobą i nie daję w rozmowie przestrzeni milczeniu. To milczenie jest przecież tak ważne!!!
Boimy się jednak pozostać z kimś bez słowa, to nas krępuje, natrętnie cisną się wówczas do głowy przeróżne pytania lub opowieści. To błąd!
Modlitwa kontemplacyjna uczy słuchania dużo bardziej niż jakikolwiek trening komunikacji. Dzieje się tak, …

Mniej masz-więcej umiesz.

Kochani Umiar nas uzdalnia, nadmiar nas zubaża. Serio! Prosty przykład zaczerpnięty jest z mojego dnia-dnia dzisiejszego-dodać warto.
Nie jestem muzykiem ale gram na gitarze, ładne 20 lat. Otrzymaną  jako nastolatka gitarę darzę szczególnym sentymentem. Jest już masakrycznie poobijana, podrapana, do żywego drzewa obdarta z lakieru niedelikatnym gestem kostki. Dwa razy zmieniane siodełko ( próg nr 0), lakierowana dwa razy na własną rękę ( czy raczej własną ręką).
Dziś przegrała w starciu z moim uczniem z klasy III (SP).Straciła klucz-złamał się(kawał żelaza-dodać trzeba).
Kochani, myślałam, że to już koniec…Że nie pogram, aż do kolejnej próby uratowania kultowego instrumentu, oczywiście w oparciu o własne zdolności lutnicze ;)
Kiedy pierwszy raz zmieniałam próg-nie miałam pojęcia, że to mi się uda. Dziś podobnie stało się z kluczem. Otóż…”Nie pogram do momentu zakupu nowych maszynek z kluczami”-pomyślałam ze smutkiem.
No ale coś mnie podkusiło i stwierdziłam, że wcale nie trzeba stroić gitar…